List otwarty do Przyjaciół


Od kiedy masz konto na facebooku odkryłeś prawdziwe oblicze twoich znajomych. Z dnia na dzień okazało się, że są homofobami, homofilami, że nie potrafią żyć własnym życiem i wrzucają codziennie nowe zdjęcie swojego dziecka / psa / samochodu. Wiesz co lubią, jakiej muzyki słuchają i na kogo wylewają swój hejt.


13-latek będzie zabijał niewiernych


Dziennikarze BBC rozmawiają z 13-latkiem, który przygotowuje się do wyjazdu do Syrii. Zamierza walczyć ramię w ramię z bojownikami Państwa Islamskiego.

Chce zostać młodym dżihadystą.


APEL PASAŻERA

Drogi pasażerze! 

Stoimy razem na przystanku, na peronie metra. Wsiadamy do tego samego tramwaju.

Jedziemy na jednym wózku! 

Dlatego pozwól, że podzielę się z Tobą kilkoma uwagami. 

Proszę, weź je sobie do serca. 

 

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN

No i mamy nowe muzeum w Warszawie.


Budowa trwała prawie tak długo jak odczytywanie nazwy. Dlatego już na początku wpisu plus dla twórców za wymyślenie hasła POLIN. Dam głowę, że 9 na 10 przechodniów nie kojarzy czym owo "polin" jest, ale z czasem wyraz będzie nierozerwalnie kojarzony z Muzeum Historii Żydów Polskich.



7 zasad dobrego gospodarza

Oto zasady, którymi powinieneś się kierować aby twoi goście zadowoleni wyszli ze spotkania, imprezki czy proszonego obiadu.


Co prawdziwy facet robi w kuchni

Za dawnych dobrych czasów facet wychodził rano z jaskini, dźgał dzidą złapanego w pułapkę mamuta i z kawałem mięsa wracał do żony. 

Ekologicznie, smacznie i zdrowo jadło się taki plaster lekko zwęglonego mamuciego zadu. 

 

 

 

W dobrej wierze - na rowerze

Złota polska jesień, a zatem wsiadam na rower i popedałowuję w plener.

Popedałowuję chodnikiem, bo spróbuj panie jechać po Alejach Jerozolimskich rowerem. Trzeba mieć nie tylko dobry sprzęcior i zbroję ale przede wszystkim żelazne cojones.


Śmiechu (nie) warte

Kiedy byłem dzieckiem a moi rodzice wyjeżdżali do pracy, zostawałem sam w domu. Oczywiście, była jakaś ciocia, babcia, brat. Ale tak naprawdę, zostawałem sam na sam z magicznym odtwarzaczem video i kolekcją kaset VHS z nagranymi kabaretonami.

Lepsze niz Plej Stejszyn

Chińczyk. Ewentualnie Grzybobranie.

To dwa wyrazy, które pojawiają się w umyśle przeciętnego zjadacza chleba gdy mówisz mu o grach planszowych. Planszówki mogą kojarzyć się jeszcze z zostawaniem po lekcjach na świetlicy i latem w mieście. Wytarte kostki i plastikowe pionki-piramidki.

Wizyta u kardynała

Dobra, przyznać się kto był kiedyś w mieszkaniu jakiegoś biskupa?

Bez podtekstów pytam.

Mieszkanie jak mieszkanie, a kto był w Pałacu?

Kto nie był a jest ciekawy jak mieszkają hierarchowie polskiego Kościoła - ma okazję.

Dwa razy do roku chętni mają możliwość wejść do domu arcybiskupów warszawskich przy ul. Miodowej. To taki pałacyk niedaleko Ministerstwa Zdrowia. Chociaż budynek był zrównany z ziemią w czasie II WŚ, dzisiaj jest co oglądać.

Najbliższa okazja - środa, 24 września w godzinach 16:00 - 19:00.

Skąd taka data, w środku tygodnia? Otóż co roku w pobliżu rocznicy aresztowania kard. Stefana Wyszyńskiego Muzeum JP2 organizuje zwiedzanie tych miejsc, które w 1953 r. "nawiedzili" panowie w długich płaszczach.


Kto przyjdzie, będzie mógł z przewodnikiem (w tym ze mną, a jakże) obejrzeć m.in. gabinet prymasa, salę tronową i kaplicę Jeśli pogoda dopisze będzie można wyjść do ogrodu. W maju jest co prawda ładniej, ale i teraz jego główną atrakcją jest perełka - XVIII-wieczny pawilonik. Nietknięty żadnym niemieckich pociskiem.

A przed pałacem będzie możliwość dowiedzieć się co to za dziwny twór to Muzeum JP2.

Bierzcie rodzinę, sąsiadów i napotkanych w tramwajach kanarów.

Można dołączyć do wydarzenia na FB: https://www.facebook.com/events/1487514361534809/

Albo po prostu przyjść.

Do zobaczenia!


Starzy ludzie - prosty manual


Czy ktoś z nas nie zaklął kiedyś w duchu po sytuacji konfliktowej ze starszą osobą? Czy to w autobusie, czy w kolejce do kasy, względnie konfesjonału.

Gdzie te babcie tak się pchają, jak ona lezie etc. etc. etc.

Ostatnio jakiś dziadek wychodząc z tramwaju zdeptał moje nowiuśkie buty po czym z peronu rzucił mi triumfalne spojrzenie i pokazał zaciśniętą pięść. OK, może nie powinienem tak ostentacyjnie czytać mojego ulubionego tygodnika, ale żeby od razu po butach? I to tych nowych?

Wbrew temu co możnaby pomyśleć - nie wpadłem w gniew, nie ciskałem bluzgów i nie wysiadłem zaraz za nim, żeby staremu pierdzielowi wsadzić gazetę w... dłoń. O nie.


Znam bowiem pewną prostą zasadę, której stosowanie uspokaja mnie ilekroć wchodzę w konflikt z osobą w starszym wieku.

Starzy ludzie są jak dzieci.

Słyszałeś już pewnie tą sentencję, powtarzaną zaciśniętymi ustami przez rodziców opiekujących się dziadkami, którzy w czasie bożonarodzeniowych spotkań żalą się reszcie rodziny na uroki mieszkania z babcią/dziadkiem.
Reszta familii kiwa głowami i przechodzi nad tym stwierdzeniem wprost do sernika.

A tymczasem, przez autorów powiedzenia przemawia nie (tylko) złość czy wypite procenty, ale ludowa mądrość zakodowana w naszym DNA od czasów Matuzalema.

Mówię to jako człowiek, który primo: miał dziadka i wciąż ma babcię; secundo: pracował na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Poza tym, do niedawna z racji wykonywanego zawodu miałem sporo do czynienia z całymi grupami babć i dziadków z caluśkiej Polski.

Dlatego, wiem co mówię. To jest piszę.

Szczerze wierzę, że im bardziej człowiek posuwa się w latach, tym więcej  zyskuje cech dziecka. Im człek starszy, tym bardziej dziecinny.

Poza całą dziedziną fizjologicznych czynności typu jedzenie czy mycie, o wiele ważniejsza jest według mnie psychika. A konkretnie - wyrażanie uczuć.

Kiedy wchodzisz do domu twojej siostry/cioci/teściowej myślisz: "O, zasłonki ma nie uprane". Albo: "A ten stół przecież mogliby postawić pod tamtą ścianą!" Innym razem: "Ależ ma zarąbisty fotel, też bym taki kupił!".

Myślisz, ale nie mówisz. Powstrzymują cię przed tym jakieś wewnętrzne hamulce.

Hamulców tych nie ma dziecko. Jak się nudzi i chce wracać do domu, nie bawi się w ceregiele tylko mówi prosto z mostu: "Mamo, idziemy do domu, nudzi mi się". Jak nie smakuje mu ciasto cioci, to nie będzie przełykało małych kęsków popijając obficie herbatą, ale (w najlepszym wypadku) powie: "Mamo, niedobre, nie chcę".

I co? Rodzinka się uśmiechnie, pogłaszcze po główce niesfornego synalka, jakaś mama najwyżej lekko się zarumieni.

A kiedy takie opinie wypowiada senior? Co ten staruch gada, ciasto mu nie smakuje? Itp.
A tymczasem osoba starsza, podobnie ja dziecko, wyraża swoje uczucia bez specjalnych zahamowań. Co w sercu to na języku. Jak coś się babci nie podoba to babcia ci o tym powie. I ma gdzieś, że ten sernik robiłaś przez 3 godziny specjalnie na jej przyjazd.

Wcale nie znaczy to, że jest źle wychowana. To znaczy, że jest stara. A w byciu starym nie ma nic złego.

Przecież nie będziesz zły na dziecko, że obśliniło ci koszulę. Zjadło za dużo i trochę się ulało. Se la wi. Obcierasz mu mordkę i żyjesz z plamą. Kiedy w autobusie jakiś bobas testuje pojemność swoich płuc drąc się w niebogłosy - zachowaj spokój. Dzieci tak mają, że płaczą. Z tego się wyrasta.

Nie wymyślaj też w myślach staruszce, która wolno pakuje zakupy przy kasie albo w kolejce do okulisty opowiada ci historię swojej zaćmy. Ona nie robi tego na złość tobie. Robi to bo jest stara.

Z tego też się wyrasta.

Rukat na Bałkanach, czyli tam i z powrotem. Cz. 2.

Dziś trochę więcej.

M.in. o tym dlaczego Polacy są najlepszymi turystami, co ma wspólnego swastyka z krową, jak najszybciej wydostać się z Albanii i o Odrze Opole.


Rukat na Bałkanach, czyli tam i z powrotem. Cz. 1



Kiedy żona powiedziała mi, że w tym roku chciałaby pojechać na wakacje na Bałkany w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.


Wojna! Miny! Powodzie! I Slobodan Miloszewicz! Nie ma mowy, zabiją nas albo zamkną w jakiejś kopalni uranu. Nie lepiej uderzyć w Beskidy???


Trochę trwało zanim doczytałem, że wojna skończyła się jakiś czas temu a po ulicach można poruszać się bez kamizelki kuloodpornej i hełmu. W ramach przygotowań obejrzeliśmy Underground Emira Kosturicy (polecam!), spakowaliśmy plecaki i hajda na koń!


Zgodnie z planem mieliśmy dotrzeć do Skopje i autostopem zwiedzić Macedonię, Czarnogórę oraz Bośnię i Hercegowinę. Powrót do kraju pozostawał zagadką.


Każdy przeżywa przygody na swoją własną miarę. Pewnie dla kogoś podróż stopem po Bałkanach jest chlebem codziennym – dla mnie była niezłym wyzwaniem. Spróbuję podzielić się tym co przeżyłem przez te dwa tygodnie. Trochę uprzedzając pytania znajomych „Jak było?”, a trochę, żeby jeszcze raz przypomnieć sobie tamte chwile. Jeśli coś kogoś zainteresuje – piszcie w komentach. Służę detalami.



Szwecja


Jak wiadomo, najkrótsza droga z Polski na Bałkany wiedzie przez Szwecję. Tym, którzy praktykują latanie tanimi liniami nie muszę tłumaczyć o co chodzi.


W niedzielę rano, wyspani jako tako po weselu w Częstochowie, wsiedliśmy do samolotu na Okęciu.

Taka dygresja. Nie latam co tydzień ale kilka podróży napowietrznych już odbyłem. Zawsze frapuje mnie kolejka ludzi ustawiających się do bramki. Wiadomo, że otwierają je na ostatnią chwilę i że wszyscy i tak się zmieszczą. Zauważyłem, że nie tylko Polacy wolą stać karnie w długim ogonku przez pół godziny, niż posiedzieć czekając na wejście. Pierwszy raz myślałem, że chodzi o zdobycie miejsca przy oknie. Ale przecież osoby, które przechodzą jako ostatni przez bramkę wchodzą jako ostatni do autobusu. A jak wiadomo, ostatni będą pierwszymi – zwłaszcza przy wyjściu z busu na pokład samolotu.


Nie mam pojęcia skąd ten pęd do stania w kolejkach. Zaklepuję sobie ten temat na kolejnego posta.


Po wyjściu na płytę lotniska w Malmö okazało się, że Szwecja jest zimna, mokra i pochmurna. Na pustym terminalu spędziliśmy pół dnia. Miałem okazję zaznajomić się z miejscowymi cenami – wow, jeden z najdroższych obiadów w moim życiu.


Nasz lot był ostatnim tego dnia. Zgodnie z planem mieliśmy wyrobić się na ostatniego busa z lotniska Aleksandra Macedońskiego w Skopje.


Oczywiście, wylot opóźnił się o godzinę.


Stresik był, ale bus zaczekał. Wysiedliśmy przy dworcu autobusowym w Skopje ok. 1 w nocy i sprawnym krokiem przeszliśmy do hostelu.

A tam – sami Polacy. I łóżko.

Z Ikei.



Skopje


Pierwsze miłe zaskoczenie – temperatura pozwala na jedzenie śniadania w ogrodzie.


Posileni ruszyliśmy w miacho. Okazało się, że trafiliśmy w sam środek wojny.


Wojny o tożsamość Macedończyków. Od 2010 roku trwa akcja Skopje 2014 w ramach której w całym mieście stanęła zatrważająca liczba pomników. Poważnie - jest ich tu więcej niż u nas budek z kebabami. Władza ma bzika na punkcie polityki historycznej. Nowe budynki stawiają w stylu klasycystycznym, budują coś w stylu „ołtarza ojczyzny” i obwieszają co się da flagami. Jak dla mnie - super.


Pomniki są różne, różniste. Przedwojenne, komunistyczne, współczesne. Każdy znajdzie coś dla siebie. W samym centrum stoi gigantyczny pomnik Aleksandra Macedońskiego. Jak się później dowiedziałem, historia jest tutaj dość drażliwym tematem i lepiej nie wspominać przy tubylcu o „greckości” niektórych postaci uznawanych dziś za bohaterów narodowych.


Jednym z niekontrowersyjnych bohaterów jest Matka Teresa. Tabliczki z jej podobizną i cytatami wiszą na całym mieście.


Kiedy przysiedliśmy nad brzegiem rzeki miejscowy żul podziękował nam za przyjazd do jego kraju i wyjaśnił zależność pomiędzy zamordowaniem Lecha Kaczyńskiego, zamachem na WTC i wprowadzaniem euro. Bardzo mili ci Macedończycy.


Po drugiej stronie Wardaru rozciąga się dzielnica muzułmańska. Inny świat.

Pierwszy raz słyszałem tam śpiew muezzina, pierwszy raz wszedłem do meczetu. Kiedy przed 13:00 odpoczywaliśmy w cieniu pod największym w mieście meczetem Mustafa Paszy mieliśmy okazję obserwować tubylców zmierzających na modlitwę. Przed wejściem do świątyni - obowiązkowe obmycie. I to nie jakieś tam symboliczne, ale dokładnie, z mydłem!




Społeczność muzułmańska w Macedonii to głównie Albańczycy. Pomiędzy nimi a prawosławnymi Macedończykami dochodzi raz na jakiś czas do konfliktów. Ludzi dzieli tu jednak nie religia ale ekonomia. Pewien Macedończyk narzekał, że Albańczycy nie płacą podatków i rachunków, m.in. za prąd. Rząd nie wyrabiał się finansowo z pomocą socjalną więc sprywatyzował elektrownie. Gdy nowy właściciel z Francji odciął prąd niepłacącym obywatelom (ponoć głównie mniejszości albańskiej), ci wyszli na ulice. Z pomocą rządu sprawę załatwiono podnosząc opłaty za elektryczność. Ci co nie płacili - dalej cieszą się prądem za który płaci reszta obywateli. Mój rozmówca prorokował rychłą eskalację tego konfliktu.




Ja spotkałem samych sympatycznych Albańczyków. Takich jak ten dziadek  na fotografii, który opiekuje się jednym z meczetów (opieka polega głównie na odkurzaniu dywanów) i oprowadza turystów takich jak my.















W dzielnicy muzułmańskiej (carsiji) jest też targ.

Tam, w wąskich przejściach pomiędzy straganami, w nozdrza uderzał mnie raz o raz zapach owoców, których raczej nie próbuję na co dzień. Zaopatrzyliśmy się zatem w figi, melony, oliwki i inne łakocie na kolację. A wszystko tanie jak nasze młode ziemniaki.



Ostatnim doznaniem wartym wspomnienia jest jedzenie cevapi/cevapcici (czewapi). To taki bałkański schabowy z ziemniakami, czyli mejn disz. Na danie składają się zrolowane kawałki drobno zmielone mięsa. Czasem spożywa się je w picie, czasem z frytkami.

Zaryzykuję stwierdzenie, że lepsze niż nasz kebab :)



Na dziś tyle. Nocna podróż do Polski wypompowała mnie kompletnie więc ciąg dalszy (mam nadzieję dłuższy) wkrótce!

Czas świętych i zdrajców


Na dźwięk słów "rozbicie dzielnicowe" usta nastolatków same otwierają się w przeciągły zieeeew a gdy przychodzi do klasówki trwoży się niejedno gimnazjalne serce.

Rzeczywiście, XII i XIII wiek obfituje w bohaterów i zdrajców, pogańskie najazdy i wojny domowe. Pojawiają się wtedy postacie święte i przewrotne, heroiczni obrońcy cywilizacji i tchórze uciekający z pola walki. Ogrom dat, bitew, postaci - i historyczka zmuszająca do wykucia materiału na blachę.

A pies jej mordę lizał!

Bez kozery powiem, że to mój ulubiony okres w historii Polski. Może właśnie dlatego, że nikt nie kazał mi się uczyć nazwisk wszystkich wojewodów krakowskich i podsędków sieradzkich.

Ale zacznijmy od początku...

Zaczęło się, jak to zwykle bywa, od kobiety.

Na mocy testamentu Krzywoustego, księciem Krakowa (i Śląska) był jego najstarszy syn, Władysław. Reszta braci rządziła spokojnie w swoich księstwach i wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie Agnieszka, żona Władka. Nie dość, że Niemka, to chciwa. Wyśmiewała męża, nazywając go "półmężem" i narzekała, że inne księżne taplają się w Bałtyku albo hasają po mazowieckich lasach. A ona tylko Kraków i Kraków.

I tak zaczęła się wojna pomiędzy braćmi.

Władysława wygnano razem z żoną i synami. Ci ostatni wrócili po jakimś czasie na Śląsk, który należał im się po ojcu jak psu kość.

Zwykle okres rozbicia ogląda się przez pryzmat Krakowa i po kolei omawia kolejnych książąt, którzy posadzili tyłek na wawelskim tronie. Ma to jakiś sens. Ja pozwolę sobie olać władców i skreślić dwa zdania o tym co ciekawego działo się przez te 200 lat.

Rozbicie dzielnicowe miało kilka dobrych stron. Poszczególni książęta, w zależności od swoich ambicji i możliwości, starali się umocnić własne księstwo, upiększyć swoje siedziby i pozostawić świadectwo mądrego panowania. Dzięki temu rozbudowywały się miasta takie jak Płock, Wrocław czy Poznań. Dwór każdego księcia był ośrodkiem kultury. Przybywali nań rycerze z Rzeszy i Francji, wędrowni bardowie opiewali czyny króla Artura i roznosili po całym księstwie opowieści o walkach krzyżowców w Ziemi Świętej.

Władcy fundowali klasztory, które stawały się centrami kulturalno-oświatowymi. Dzięki kolonizacji zasiedlano niewykorzystane dotąd tereny. Osadnicy z zachodu przynosili ze sobą nowe narzędzia i techniki uprawy. Upowszechnienie trójpolówki pozwoliło osiągnąć nadwyżki żywnościowe, które przyspieszyły rozwój miast.

Książęta nadawali też ziemię rycerstwu, które zakładało własne wsie. W XIII w. utrwaliła się hierarchia społeczna złożona z rycerstwa, duchowieństwa, mieszczan i chłopów. Dwa pierwsze stany – dzięki nadaniom czynionym przez książąt – zyskiwały coraz większy wpływ na sytuację polityczną w ich dzielnicach. Nad Wisłą zaczynały kiełkować pierwsze ziarenka „społeczeństwa obywatelskiego”.

Ale nie było wcale tak różowo. Książęta dzielili swoje ziemie pomiędzy synów, którzy dzielili je pomiędzy swoich synów itd. itd. itd. Taki Władysław Łokietek na początku swojego panowania władał terenem o powierzchni 3 tys km2. To mniej więcej tyle co dziś powiat białostocki. 

Małe księstwa nie były w stanie stawić czoła najazdom Prusów, Litwinów i Mongołów. Nie było ziemi, która nie zostałaby spustoszona przez barbarzyńców. Wyprawy odwetowe organizowane przez Piastów upływały na bezowocnych naradach, a wydarte poganom tereny wracały w ich ręce jeszcze zanim trawa zdeptana kopytami rycerzy podniosła się ku słońcu. Brakowało zgody między książętami, którzy w czasie wypraw częściej wyciągali dawne urazy niż miecze z pochew. Henryk Brodaty (Śląsk) wpadł na pomysł sprowadzenia ochroniarzy, podszepnął ten pomysł Konradowi Mazowieckiemu a w kilka lat później nad Wisłę przybyli Krzyżacy.




Małe piastowskie księstwa nie odgrywały pierwszych ról w polityce europejskiej. Czasy, w których Bolesław Chrobry zajmował Kijów i Pragę odeszły w zapomnienie. Pierwszoplanową rolę w Europie Środkowej zajęły teraz Czechy i Węgry. Piastowie zawierali sojusze z jedną bądź drugą stroną. Nierzadko na polu bitwy walczyli w różnych obozach przeciwko sobie nawzajem.


Jak widać, działo się. I nie tylko u nas, bo podobne rozbicia były w całej Europie. Mógłbym rozpisywać się o ciekawostkach, o porwaniach braci, skrytobójstwach i listach do papieża, w których książę tłumaczy niemożność udania się na krucjatę, bo w Ziemi Świętej nie ma piwa. A bez tego - jak wiadomo - żyć nie sposób!

I może kiedyś to zrobię.



Ale póki co, polecam lekturę na koniec wakacji. Książkę, przy której Gra o tron jest jak Ania z Zielonego Wzgórza. Powieść czerpiącą pełnymi garściami z naszej, piastowskiej historii.

Jestem w połowie drugiego tomu i daję słowo - to jedna z najlepszych książek jakie miałem w dłoniach. A miałem ich trochę. 

Przyjemnej lektury!

Miasto 44 - czy to już?


Zacierałem rączki kiedy dowiedziałem się, że dane mi będzie obejrzeć "Miasto 44" na ponad miesiąc przed oficjalną premierą.
Pójdę, obejrzę, walnę quasi-recenzję. Będzie super, myślałem ściskając w dłoniach bilet.

Kiedy po trzech godzinach opuściłem przybytek za 2 miliardy myślałem o trzech sprawach:

O  tym jaki ten Komasa młodziutki!

O jego przemowie przed filmem.

O tym, że Marek Konrad jednak się postarzał.

Reżyser był wzruszony, ekran zszyty z prześcieradeł a głos jakbym wlazł do studni. A film?
Jak się okazało niedawno - niedokończony. 

Komasa ucieszył się ostatnio z ukończenia montażu i zapewnił, że całość jest w porównaniu do tego co widziałem niczym różowiutkie prosie w zestawieniu z parującą karkówką...

Czyli co - wszystkie te recenzje, które napisano trzeba teraz wyrzucić?

Nie chciałem rozpisywać się o aktorach, efektach specjalnych i fabule. Są od tego ludzie.
Liczyłem tylko, że podzielę się tym co czułem zaraz po wyjściu z seansu. Ale czym tu się dzielić...

Pod koniec podstawówki zaczytywałem się w komiksach. Kiedyś dostałem od rodziców Thora. Rysunek był znakomity, wodziłem oczami za kreską i do dziś pamiętam niektóre sekwencje.
Ale za nic nie rozumiałem o co chodzi w fabule.

Podobnie czułem się po obejrzeniu "Miasto 44". Najcelniej trafiły we mnie sceny tchnące baśniowymi niczym z braci Grimm barwami i tarrantinowskie motywy walki. Piękny, straszny malunek, nakładany warstwa po warstwie na jakieś miasto, które umiera przez 63 dni.



Po kilku tygodniach wybrałem się też na spektakl "Pamiętnik z powstania warszawskiego" do MPW.
Mając w pamięci to co widziałem dwa lata temu i opinie o zeszłorocznej sztuce, szedłem tam z ciężkim sercem. Wstyd się przyznać, nie czytałem jeszcze Białoszewskiego i nie wiedziałem czego mogę się spodziewać.

Było trochę długo, fakt, kilka osób wyszło przed końcem.
Ale nie z nudów.
Głos Jandy, muzyka Satanowskiego, gra świateł i otoczenie...
Po wyjściu na sierpniową mżawkę pomyślałem: To jest to.

Dziś zastanawiam się nad opowieścią o powstaniu.

Czy był to bohaterski zryw młodego pokolenia, wychowanego w szacunku do polskiej flagi?
Tak.

Czy była to tragedia, w której rzucono brylanty pod koła czołgów?
Tak.

Nie da się Tu być i nie myśleć, czy warto było się bić.

To pytanie wisi jak serce dzwonu, przechyla się raz w prawo raz w lewo, uderzając w argumenty, które stapiają się w moich uszach w jedno żałosne dudnienie.

Może właśnie ta forma baśni i snu jest najlepszą metodą do opowiadania o powstaniu?
Może wydarzenia sprzed 70 lat są zbyt smutne by opisywać je słowami, analizami, wykładami.
Może potrzeba poezji?
Poematu, którego maturzyści nie będą analizować na egzaminie dojrzałości, ale który zagoi ranę pamięci.

Moim zdaniem film Jana Komasy to chyba jeszcze nie to.

Jak uczcić 1 sierpnia?


Chciałbyś w jakiś sposób uczcić ludzi, którzy walczyli w powstaniu warszawskim?

Nie lubisz sztywnych obchodów, stania w słońcu na betonowym placu i przemówień wyjętych z akademii szkolnych?

Mam dla Ciebie trzy propozycje!


1 SIERPNIA - S P A C E R K I E M

O 18:30 spod Rotundy ruszymy na spacer po powstańczym śródmieściu. Oprowadzać będą najlepsi warszawscy przewodnicy :)

Opowiemy Wam historie, których nie znajdziecie na wikipedii i w Super Expresie!

Zanim rozbolą nas nogi udamy się na pl. Piłsudskiego. Tam o 20:00 zaczyna się śpiewanie powstańczych piosenek. Nie bój nic, każdy śpiewać może - udowadniam to co roku :)

A po śpiewaniu nawilżymy zmęczone struny głosowe na gościnnym Starym Mieście!

Weźcie rodzinę, znajomych i sąsiadów!



2 SIERPNIA - A R T Y S T Y C Z N I E

W sobotę o 22:00 na dziedzińcu Młodzieżowego Domu Kultury przy ul. Łazienkowskiej 7 będzie można zobaczyć widowisko muzyczne pt. "17:44".
Będzie to inscenizacja pamiętników Wilma Hosenfelda (Niemca, który uratował Władysława Szpilmana). Zapowiada się ciekawie!

Piszą, że jest tylko 100 miejsc, ale nigdzie tego nie promują więc pewnie da radę się wcisnąć :)




3 SIERPNIA - K O N C E R T O W O

W niedzielę dwa koncerty!

Na Pradze od 14:45 pod katedrą św. Floriana i w Parku Praskim będzie można zobaczyć grupy rekonstrukcyjne odtwarzające walkę Wehrmachtu z powstańcami!

Cała okolica ma się przenieść w czasie do 1944 roku - na domach powiewać będą flagi, po ulicach przechadzać się będą ludzie ubrani w stroje z epoki a w zgiełk miasta włączą się przedwojenne szlagiery.
Ciekawscy zobaczą też pokaz mody z czasów okupacji

A o 19:44 koncert rockowy zespołu FABRYKA. Grupa gra "rock fantastyczno-naukowy" cokolwiek ma to znaczyć. Warto iść, choćby żeby to sprawdzić! ;)


A jeśli wolisz drugą stronę Stolicy wbijaj na Wolę.
O 19:00 w Parku Sowińskiego zacznie się koncert muzyków z projektu PANNY WYKLĘTE.
Zaśpiewają Paulina Przybysz, Marcelina, Kasia Malejonek i Maleo Reggae Rockers.
A wcześniej zespół FORTECA.




Zanim pod tym postem na FB zaczniesz dyskusję o sensie walki, tragedii cywilów etc. - wiedz, że ja sam uważam decyzję o wybuchu powstania za błąd.

To nie przeszkadza mi pamiętać o bohaterstwie zwykłych ludzi, którzy walczyli o swoje miasto.
O nich będę myślał w te dni.

Męskość wg. Frikusa

Autor: Rafał Rukat 


Mnie osobiście wkurza całe to gadanie o „kryzysie męskości”. Wiadomo, że dawniej wszystko było bardziej naturalne i bardziej prawdziwe, trawa bardziej zielona, a woda bardziej mokra. To jakaś kumulacja dwóch mitów: mitu złotego wieku i mitu szlachetnego dzikiego. Nostalgia za utraconym buszem, z którego nasi przodkowie nie wiadomo po co (choć robili to bardzo po męsku) wyłazili.


Tożsamości i sposoby życia zmieniają się nie dlatego, że zapomnieliśmy jak powinno się żyć i idzie nam to coraz gorzej, tylko dlatego, że zmieniają się czasy i warunki. Wcale nie na gorsze, po prostu na inne.

Niezdecydowanie nie bierze się stąd, że jesteśmy mniej męscy niż nasi przodkowie, tylko stąd, że (jak sam zauważyłeś) mamy dużo więcej do wyboru. I ja się z tego ciesze. 500 lat temu Ty od dzieciństwa przygotowywałbyś się na dziedzica, a ja na księdza. Wiadomo, że im więcej możliwych dróg, tym bardziej się gubimy.


Problem polega na tym, że wielcy tego świata nie starają się być naszymi autorytetami i podpowiadać, które wybory są lepsze. Umieją tylko powiedzieć: „to wszystko dlatego, że nie biegacie już z dzidą po buszu!”. „Kryzys męskości” to wymówka, chochoł do bicia, na którego można zwalić odpowiedzialność za wszystkie problemy. Zamiast PO MĘSKU spojrzeć na współczesność taką jaka jest i starać się w niej odnaleźć, stworzyliśmy sobie teorię, która wszystko tłumaczy, ale nic nie daje.

Śmiem zuchwale podejrzewać, że sam nie do końca wierzysz w to, co mówisz. Naprawdę lubisz być ugłaskiwany? Mnie nic bardziej nie wkurza, niż to, gdy coś mnie gryzie, a moja dziewczyna w odpowiedzi na to próbuje mnie przytulić. Jestem zdecydowanie bardziej zadowolony, gdy pomaga mi zrozumieć istotę problemu. Z jednej strony wiem, że to pierwsze wynika z troski, ale jako MĘŻCZYZNA lubię być traktowany poważnie. I rozumiany. Wtedy czuję, że – jak to biomedycznie określiłeś – moje potrzeby są zaspokajane. Nie lubię, gdy ktoś myśli, że moje problemy mogą wynikać z niedoprzytulania i niedokarmienia, a kluczem do ich rozwiązania jest podrasowanie mojego ego pochlebstwami. Zupełnie tak nie jest. Gdyby tak było, nie czułbym się z tym szczególnie męsko.


Wielcy i święci mężczyźni nigdy nie byli „prości”. Mężczyźni przez tysiąclecia budowali naszą cywilizację, tworzyli naukę i filozofię, poezję i sztukę, kodeksy moralne i skomplikowane systemy polityczne. Zwykle robili to, bo coś im nie pasowało, bo chcieli, żeby było lepiej niż jest. To nie byli mężczyźni, których wystarczy pogłaskać i nakarmić, żeby byli zadowoleni.


Najbardziej wkurza mnie to, że najwięcej o kryzysie męskości krzyczy Kościół, który paradoksalnie bywa dziś bardzo skutecznym ośrodkiem duchowej kastracji. Najpierw każą dorastającemu chłopcu robić wszystko, co może niedawno było jeszcze fajne, ale aktualnie wydaje mu się obciachowe i dla dziewczyn (słodziutkie piosenki z pokazywaniem, klaskanie w dłonie, grzeczne powtarzanie tego samego za wszystkimi), a później krzyczą: mamy kryzys męskości! Ojej... On już dawno na ekranie komputera niszczy plugawe demony mieczem sprawiedliwości, a w kościele każą mu śpiewać o tym, jakie ma piękne i czyste serduszko. Gdy staje się dorosły wiele się nie zmienia – mało usłyszy z ambony o walce ze złem i odpowiedzialności za Kościół, więcej o „budowaniu zdrowych relacji”.


Sweet.


Jedynie ministrantura pozostaje fajnym miejscem dla chłopaka. Tu może poznać kościelny underground i poczuć się wartościowy, bo coś opanował, umie zrobić coś, bez czego nie będzie mszy i choć nikt nie zobaczy jak rozpalał trybularz, albo w ostatniej chwili znalazł welon dla księdza.


Rozpisałem się, a właściwie chciałem powiedzieć dwie rzeczy.


Po pierwsze, męskiej tożsamości nie da się oprzeć na stereotypach i na tym, że ktoś mi zrobi obiad. Powołanie do męskości jest czymś bardziej poważnym.


Po drugie, nasze czasy naprawdę są fajne:) W ogóle nie gorsze od ubiegłych. Może w dzieciństwie trochę zbyt poważnie traktujemy swoich rodziców, kiedy opowiadają nam jakie to „kieeeedyś były czasy...”.



Czego pragną mężczyźni



O tym, że przeżywamy dziś kryzys męskości nie trzeba nikogo przekonywać. Wystarczy rozejrzeć się po ulicy. Chłopaki w obcisłych spodniach noszący damskie torebki nikogo już nie dziwią. Faceci, którzy kończą 30 lat i wciąż bawią się w nastolatków. Ojcowie, którzy zostawiają rodziny, bo nudzi im się bycie odpowiedzialnym za coś więcej niż zimne piwo w lodówce.

Najbardziej denerwuje mnie jednak brak zdecydowania. Facet nie wie dziś czego chce (a przecież była to wyłączna domena kobiet!). A kiedy już coś mu się uroi - nie potrafi o to zawalczyć. Bezsilnie opuszcza ręce i z miną pobitego dziecka narzeka "Co za system! Co za kraj!". Jak baba na wsi.

Może faktycznie jest to trochę wina rodziców, którzy wychowują chłopców metodą "Nie biegaj, bo się spocisz" albo "Bądź grzeczny".

A przecież jeśli chłopiec ma kiedyś stać się mężczyzną, nie może być "grzeczny"! Musi biegać, kopać piłką po oknach i lać się z innymi chłopcami. Nie chodzi mi o chuligaństwo, ale o poluzowanie łańcucha.

Moim zdaniem przyczyną kryzysu męskości jest jeszcze jedna kwestia.

Brak zaspokojenia potrzeb.

Wydawać by się mogło, że dzisiejszy facet ma wszystko na wyciągnięcie ręki. Może przebierać w samochodach, jeździć dookoła świata i ścigać antylopy po sawannie. A i tak czuje, że czegoś mu brak.

Nie od dziś wiadomo, że mężczyzna jest maszyną do bólu prostą w obsłudze. Kobieta, która chce żeby jej facet był szczęśliwy powinna pamiętać o trzech potrzebach swojego lubego. Należy go nakarmić, pogłaskać i pochwalić.
Kiedy wydaje ci się, że twój facet cię nie słucha albo nie okazuje czułości - może po prostu jest głodny? Albo nie zwróciłaś uwagi na wysprzątany samochód?
Powinno się o tym pisać w jakichś podręcznikach szkolnych, bo mam wrażenie, że mamusie coraz rzadziej przekazują tę mądrość córeczkom.

Istnieją zatem trzy potrzeby, które mogą zostać zaspokojone przez osoby trzecie. Często sami faceci nie zdają sobie z nich sprawy albo boją się mówić na głos czego chcą. Przecież poproszenie dziewczyny o zrobienie obiadu byłoby takie... seksistowskie. 

Założę się, że są panny czekające na taki seksizm, przejawiający się w słowach: "Skarbie, bosko gotujesz, może zrobisz mi jutro twoje cannelloni?"

Jest jednak jeszcze jedna potrzeba, którą zaspokoić może jedynie sam facet.

Potrzeba sukcesu.

Facet kocha zwycięstwo. To dlatego już niedługo przed telewizorami będzie siedziało brzydsze pół populacji tej planety. Dlatego faceci od początku dziejów dźgają się dzidami i chlastają mieczami, żeby pokazać kto tu rządzi.
Sukcesem było upolowanie zwierzyny, udział w zwycięskiej bitwie czy podróż do nowego świata.
Z czasem zmieniły się wyzwania, zmieniła się też miara sukcesu. Mężczyzna nie musiał już polować na mamuta, wystarczyło kupić nowy samochód.

A dzisiaj?

Zastanów się, jakie wyzwania przed tobą stoją.
Pewnikiem większość panów odpowie: duże mieszkanie, samochód, super praca.
Kiedy natrafiamy na problem z osiągnięciem któregoś z tych celów, sytuacja się komplikuje. Są oczywiście ludzie, którzy - z wyboru albo ze strachu - stawiają sobie zupełnie inne cele (np. granie całą noc w GTA albo zebranie kolekcji kamyków ze wszystkich kontynentów).
Pozostali spotykają się z pytaniami:
Co z ciebie za facet, jeśli nie potrafisz znaleźć dobrej pracy? Nie masz mieszkania na Wilanowie i nie jeździsz BMW Z3? Co z ciebie za facet, jeśli nie odniosłeś sukcesu?

Rzeczywiście, prawdziwy facet potrafi zapewnić swojej rodzinie bezpieczeństwo (również finansowe). Zmusza nas do tego codzienność. Miarą życiowego sukcesu  jest dziś grubość portfela.

Kiedy człowiek uświadomi sobie już czego potrzebuje do szczęścia, może wybrać dwie drogi.

Można włączyć się w wyścig szczurów, rozkręcić własny biznes albo piąć się po szczeblach kariery. Jeśli chcesz osiągnąć taki sukces, przygotuj się (i żonę) na zostawanie w pracy po godzinach i początki siwizny w wieku 30 lat.

Drugim sposobem jest przedefiniowanie pojęcia "sukces". Bo przecież nie musi to być szmal. Sukcesem jest też szczęśliwe małżeństwo, rodzina. Grono przyjaciół i wspólnie spędzony czas. Sukcesem, dla niektórych, może być świętość.


A może zamiast wybierać, można obie te drogi połączyć?

5 grzechów Fejsbuka



Czy pamięta ktoś jeszcze Grono? 

Dawno, dawno temu, kiedy na pl. Zbawiciela nie było jeszcze tęczy a II linia metra wydawała się snem pijanego górnika, dziatwa szkolna hasała raźno na pierwszym polskim serwisie społecznościowym.   

Całość wyglądała jak wielki zbiór forów internetowych i służyła głównie napędzanym hormonami nastolatkom i studentom poszukującym notatek z przespanego wykładu.
Pomysłodawca portalu ulepszał go poprzez dodawanie najrozmaitszych pierdółek, co sprawnie doprowadziło do upadku samego Grona. Btw, czy nie taki sam los spotkał GG? Kiedy uruchomienie komunikatora trwało dłużej niż ukończenie questa w Baldur’s Gate, odinstalowałem dziada.
Internet nie znosi próżni. W miejsce dogorywającego Grona wlazł przy dźwiękach Yankee Doodle zagraniczny Facebook. I siedzi po dziś dzień, mimo wichur i burz przez jakie przechodził.
Od kiedy założyłem sobie konto na FB zastanawiam się kiedy kolos upadnie. Dawałem mu kilka lat, wieszczyłem zalew reklamami, śmieciowymi aplikacjami i innymi „ulepszeniami” które tak skutecznie dobiły poprzedników. Tymczasem, chociaż raz na jakiś czas okienka wyskakują w innych miejscach a portal chce wiedzieć o mnie coraz więcej – kryzysu na razie nie widać. Może to produkt -cud, a może po prostu nie ma lepszej alternatywy.

Dziś myślę, że największym zagrożeniem dla fejsbuka nie są reklamy i wyskakujące okienka, ale sami jego użytkownicy.
Każdy ma taki moment kiedy przeglądając FB ma ochotę usunąć konto i nie czytać więcej tych pierdół. Wypunktowałem kilka typów zachowań, które sprawiają że chcę usunąć konto na FB.

Dojenie krowy i stawianie klocków

Chłop ze wsi wyjdzie, a wieś z chłopa – nigdy! Tym chyba należy tłumaczyć zalew zaproszeń do gierek typu Farmville. Co chwila ktoś chwali mi się wyhodowaną marchewką albo zniesionym przez uśmiechniętą kwokę jajem. Inny znajomy nabija kolejne levele przy jakichś kolorowych kuleczkach (nie wiem - balonach, piłkach?).

Jestę filozofę

Wrzucanie obrazków z cytatem typu"Życie jest zbyt krótkie, żeby nie próbować", albo "Biednemu zawsze wiatr w oczy". Przodują w tym dziewczyny, głównie te, które nie mają co zrobić z wolnym czasem (czyt. stare panny). Życiowe mądrości rodem z Barw Szczęścia czasami sprawiają że się uśmiechnę, częściej jednak zastanawiam się co kierowało osobą która udostępnia te bzdety.

Dzieci, dzieciaczki

OK, jak zostanę ojcem też na pewno będę dumny jak cholera. Ale wrzucanie 40 fotek swojego dziecka na fejsa dziennie to moim zdaniem jakiś kompleks. Jeśli zdjęcia widzą TYLKO znajomi a masz 100% pewności, że nie ma wśród nich jakiegoś perwerta - proszę bardzo. Ale miej świadomość, że na jedno zdjęcie twojego dziecka poluje w necie kilku pedofilów. Nie, nie przesadzam. Miłego dnia.

O ja biedny

Wpisy na tablicy w stylu "dlaczego??" albo "zdołowana".
Może cię to zdziwi, ale świat ma gdzieś twój dołek. Chcesz pogadać - zadzwoń do kumpla albo do mamy. Możesz nawet napisać do gazowni, ale nie szukaj litości na fejsie. Możesz tam znaleźć coś zupełnie innego.


Kupmy Maćkowi dom

Jeśli ktoś chce zaprosić mnie na wydarzenie "100 000 lajków a Maciuś dostanie wózek inwalidzki" to niech walnie głową 3 razy w płaską ścianę. I niech nie dziwi się, kiedy po zebraniu kilku tysięcy lajków "Maciuś" zmieni się w producenta żaluzji albo pseudo-bank.


Stanisław Lem powiedział kiedyś "Dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem że na świecie jest tylu idiotów".
To smutne gdy okazuje się, że część z nich to twoi znajomi.