Uciekając przed palem, czyli Rukat w Rumunii, cz. 2

Dziś o Transylwanii (czyli krainie Drakuli)  i Cyganach (których wszyscy mają za Rumunów). Oraz o tym, że to wszystko jedna wielka ściema.

 

 


Skończyłem na Braszowie i długo zbierałem się do ciągu dalszego.

Braszów był jednym z najładniejszych miast, które widzieliśmy. Może dlatego, że byliśmy tam dość długo? A może z powodu atrakcji w okolicy?

 

Jeśli znudzi ci się siedzenie na starówce, zawsze można wdrapać się na miejscową górę Tampa (albo wjechać kolejką). Niezłe widoki są też spod baszt stojących na okolicznych wzgórzach. Dodatkowy plus - mniej tam turystów.

My oprócz spaceru wzdłuż dawnych murów zrobiliśmy sobie dwie wycieczki do miejscowości nieopodal.

 

Pierwszą do Busteni. Z tej rumuńskiej kopii Zakopanego można wjechać kolejką na masyw górski Bucegi. Niestety, byliśmy tam w sobotę. Razem z tysiącami żądnych widoczków turystów z kraju i zagranicy.

 

 

W kolejce do kolejki spędziliśmy ok. 2 godzin. Cały czas byliśmy nagabywani przez cwaniaczków proponujących obwiezienie nas po masywie autem. Na ich bajeczki nie dał się nabrać nawet 7-latek z Polski czekający z rodzicami obok nas.

 

Droga małym, bujającym się wagonikiem na wysokość 2200 metrów była mocnym poszerzeniem moich granic komfortu. Oj tak. Ale było warto. Na górze - płasko. Krajobraz trochę jak z naszych beskidów. Hale, owce i kamienne sfinksy. A przynajmniej kupa głazów, którą reklamują w ten sposób. A dookoła jak okiem sięgnąć wspaniałe pasma górskie.

 

 

 

 

Schroniska jako takiego nie znaleźliśmy. Na górze stały... zwykłe domy, które na parterze miały coś w rodzaju baru. 

Dość dziwny zestaw - góry, owce i murowany bloczek. 

Gdyby pogoda była łaskawsza a czas tak nie gonił, pewnie zrobiliśmy małą wędrówkę. Nie mając wpływu na siły wyższe, zadowoliliśmy się spacerkiem po hali, podziwianiem nietuzinkowych widoków i zapoznaniem rumuńskich owiec z Batonem Warszawskim.

 

Następnego dnia wybraliśmy się do Rasnova. W złapaniu okazji przeszkadzał trochę odbywający się właśnie triatlon. Na szczęście, zabrał nas Cezar, z którym mieliśmy okazę porozmawiać o rumuńskich partiach. W skrócie - mają tam gorzej niż u nas. 

 

Do Rasnova przyciągnął nas chłopski zamek. Ano właśnie, nie królewski, książęcy czy nawet rycerski ale chłopski. Zbudowany dla ochrony przed najeźdźcą. Miasteczko dość wymarłe, ale po wejściu na wzgórze można cieszyć oczy widokiem gór i średniowiecznych fortyfikacji.

 

 

 

Zaraz przy bramie natknęliśmy się na przedstawienie tearzyku kukiełkowego!

 

 

W środku trochę gruzu, kilka zachowanych i więcej zrekonstruowanych zabudowań. Turyści, pamiątki... Ale mimo to czuć tam klimat twierdzy. Może dzięki widokom? A może przez nadciągającą burzę... ?

 

 

 

 

Do Braszowa wracaliśmy z Bogdanem, Rumunem studiującym w Irlandii. Podczas gdy nasz poprzedni kierowca był żywo zainteresowany wyborami, korupcją i polityką w ogóle, student raczej nie przywiązywał wagi do sytuacji w kraju. Przyznał, że po studiach chciałby wyjechać do Australii. Ładny kraj, biurokracja działa sprawnie a osobę pracującą stać na życie na dobrym poziomie. 

 

Ot, taka różnica spojrzeń. 

 

 

SIGISOARA


Nie mieliśmy tej miejscowości w planach, ale postanowiliśmy zaryzykować. 


Opłaciło się. 


Okazją dojechaliśmy dość sprawnie na miejsce. Najpierw z ekipą budowlańców, potem z Polakiem na pace jego dostawczaka. 

Sigisoara urzekła nas starówką usianą kolorowymi kamieniczkami i parterowymi domkami. 


Oprócz domu, w którym urodził się Drakula (tak, tak, ten wampir z czarną peleryną i wytrzeszczem) warto wejść po drewnianych zadaszonych schodach na najwyższe wzgórze w sercu miasta, gdzie mieści się jedno z najstarszyc liceów w okolicy. Przechodząc obok, mijaliśmy uczniów wychodzących ze świadectwami.


Kilka fotek poniżej. 





Miasto wydawało mi się trochę "wolniejsze" niż Braszów. Spędziliśmy tam trochę ponad 4 godziny, ale chętnie zatrzymałbym się na dłużej. 

 

W Sigisoarze można zakosztować klimatu transylwańskiego kotła, w którym niemieccy przewodnicy oprowadzają węgierskich turystów po rumuńskim mieście, opowiadając o wołoskim hospodarze uważanym za syna samego diabła.

 

A wszystko to w błogim spokoju jaki znaleźć można tylko w średniowiecznych grodach.

Teraz krótka dygresja o samym Drakuli. Faktycznie był synem diabła (jego ojciec miał ksywkę Draco, czyli po rumuńsku "smok", skąd bardzo blisko do "dracul" - czyli diabeł). Chociaż urodził się w Sigisoarze, to dużo więcej wspólnego miał z Wołoszczyzną. Twórca pierwowzoru zębatego hrabiego potrzebował jednak do fabuły swojej książki romantycznej krainy, w której błyski piorunów oświetlają postrzępione szczyty gór. Piaszczysta i płaska Wołoszczyzna nie pasowała do koncepcji więc pan pisarz postawił na Transylwanię. I tak się utarło.

 

A skąd wzięła się legenda o ciągotach do krwi? W skrócie: Wlad (bo tak miał na imię) faworyzował kupców wołoskich a cięty był na tych niemieckich. Ten brak sympatii do saskich handlarzy kończył się niekiedy dla tych ostatnich skróceniem o głowę czy oglądniem okolicy z perspektywy pala. Mściwi germańcy rozpowszechniali w całej Europie pamflety, opisujące wołoskiego hospodara jako kriożerczą bestię. Reszty się domyślcie.

 

 

SYBIN

 

To był nasz cel i tam udało nam się dotrzeć. Pomógł nam w tym sympatyczny dostawca wody, który zabrał nas z wylotówki aż do samego centrum.

Mieliśmy znakomity nocleg zaraz przy rynku. Co prawda, właściciel wyjechał na wakacje i zostawił interes swoim dwóm nieogarniętym synom... co sprawiło, że na pokój musieliśmy czekać prawie godzinę. 

 

Czas uprzyjemnialiśmy sobie rozmową z młodym Rumunem, kumplem gospodarzy. Szalenie sympatyczny chłopak. Taki młody, niewykształcony z wielkich ośrodków. 

Przekonywał nas, że Rumunia to kraj, który przegrał wszystkie możliwe wojny i dostawał łupnia nawet od sojuszników. Kiedy wspominałem o Michale Walecznym wzruszył ramionami i powiedział: "Jego też zabili." 

Jednocześnie chłopak był bardzo cięty na Cyganów.

 

Teraz kolejna dygresja.

 

Kiedy na ulicach Warszawy widzisz śniadego żebraka, zapala ci się lampka: Rumun!

 

A guzik panie, wcale nie Rumun. Cyganie mają tyle wspólnego z Rumunami co Turcy z Niemcami. Nie tylko wyglądają inaczej (inny kolor skóry, włosy, nawet postura) ale mówią innym językiem i mają zupełnie inne zwyczaje. Rumunii są bardzo dumnym narodem (widziałem rumuńskie flagi na każdym możliwym budynku publicznym) i bliżej im do Włochów niż otaczających ich zewsząd Słowian. 

 

Jednocześnie, mają świadomość, że Cyganie robią im złą prasę na zachodzie. I to jest coś co wnerwia każdego Rumuna.  

Tak jak mnie wnerwia brak czasu na pisanie!

O tym co widzieliśmy w Sybinie, jak przejechaliśmy 25 kilometrów zakrętów w Maramureszu i o najsympatyczniejszym Rumunie ever - w następnym wpisie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz