Apel bajaderkożercy


Generalnie, nie mam nałogów.

Nie palę, nie ćpam, nie gram na wyścigach. Piję w prawdzie, ale zakąszam.

Jest jednak jedna rzecz, która dyskwalifikuje mnie jako przykładnego męża, sumiennego pracownika i uczciwego obywatela.

Bary Mleczne po mojemu

Niedawno znajoma podrzuciła mi artykuł o barach mlecznych z wybiórczej.

Autor donosi o coraz większej popularności tego typu jadłodajni.

I jako przykład podaje Mleczarnię na Alejach.

Tylko... czy to jest faktycznie bar mleczny?

Mój pierwszy raz

Niedzielny wieczór a zatem czas najwyższy by zabrać się za pracę domową!

Tak jest. Po dwóch latach znowu zacząłem naukę. I to nie byle gdzie ale - ba! - w Poczdamie!

Ochota na Niepodległość

Zastanawiałem się jak w tym roku świętować 11 listopada.

Bo jakoś żadna z proponowanych form mi nie podchodzi...
Do Krakowa przecież nie pojadę, z Komorem mi nie po drodze a na szczyt klimatyczny się nie wybieram.

Dlatego postanowiłem świętować robiąc to co lubię i co wychodzi mi najlepiej.

Zgadza się - będę gadał :)

A żeby nie mówić do siebie, zapraszam wszystkich chętnych na spacer!

Gdzie?

Ciężko tego dnia spacerować po Warszawie. Dlatego wybrałem dzielnicę na której jest najspokojniej i która - mam wrażenie - jest troszkę zapomniana. Zapraszam do siebie, czyli na Ochotę. Konkretne miejsce zbiórki podam wkrótce.

Co?

Chciałbym odwiedzić te miejsca i przypomnieć sobie te historie, które przeniosą mnie (i Was) do Niepodległej II RP. Ochota jest duża, ale przejście trasy zajmie nam maks. 90 minut. A przynajmniej spróbuję się zmieścić:)


Kto?

Każdy może przyjść! Tak jak na spacer z okazji 1 sierpnia - zaproście żony, mężów, matki, babki i kierowników z pracy! Dajcie znać tym, którzy nie mają FB - np. przesyłając im link do tego posta. A fejsbukowiczów proszę o dodanie się do wydarzenia (Ochota na Niepodległość). Zapraszam wszystkich :)


Spacer zaczniemy o godzinie 12:00.

A po zakończeniu chętni będą mogli wypić ciepłą herbatę w jakiejś klimatycznej ochockiej kawiarni.

Chodźcie ze mną i przekonajcie się, jaka była Ochota na Niepodległość!

Mieszane uczucia na Placu Unii

W sobotę wracając ze ślubu znajomych (Szczęść Boże młodej parze!) wstąpiłem do/na (?) Plac Unii. To nowe centrum handlowe otwarte tydzień temu w miejscu dawnego Super SAMu.

Po zwiedzeniu obiektu, który zniszczył widok na Belweder z Łazienek Królewskich - mam mieszane uczucia.

Chciałem dowiedzieć się czegoś ze strony internetowej, ale 1) nic tam nie ma, 2) nie mogę się odnaleźć. Może taka budowa stron jest teraz modna, ale dla mnie wygląda to jak wnętrze damskiej torebki. Chaos.


Po przybyciu na miejsce pierwsze co mnie uderzyło to zupełnie inny klimat niż w Arkadii czy Złotych
Tarasach.
  1. Pustki
    Byłem tam w sobotni wieczór a ludzi jak na lekarstwo.
  2. Cisza
    Nie słyszałem żadnej muzyki. A może była tak cicha, że jej nie zanotowałem?
  3. Przestrzeń
    Masa miejsca. Na korytarzach nie ma żadnych stoisk z elektronicznymi papierosami czy kapciami, nie ma gigantycznych donic na sztuczne palny ani... ławeczek na których można by przysiąść. Mało schodów ruchomych a jak już są, to pojedyncze. Przeszklony i wysoko zawieszony dach sprawia wrażenie jakbym chodził nie po centrum handlowym ale po zwyczajnej ulicy.
  4. Nie zjesz chłopie
    Nie ma KFC, McDonalda czy Burger Kinga. Z fast foodów znalazłem tylko Subway. Poza tym głównie kawiarnie. Brak taniego żarcia znacznie ogranicza ilość snującej się młodzieży.
  5. Francja elegancja
    Czarna podłoga, białe poręcze ruchomych schodów. Dominują te dwa kolory. I szkło.
    Nie jestem specem, ale ze słów żony wynika, że w tutejszych sklepach odzieżowych nie będą kupować studenci czy tele-ankieterzy. Raczej drogie marki ciuchów i kosmetyków. Kolejny powód, dla którego gimnazjaliści na wagary wybiorą raczej Arkadię
Trzy duże minusy to brak ławek, brak zasięgu telefonicznego na poziomie -1 i mała ilość toalet. Na 1. piętrze znalazłem 1 (słownie: jeden) męski sedes. Wiem, że do CH idzie się na zakupy a nie sikać, ale 1 toaleta to drobna przesada.

Żeby nie było, są też pozytywy.
Na poziomie -1 z popiołów odrodził się Super SAM. Ceny jak w innych polskich delikatesach.
Ale za to jest cała ściana z lokalnymi browarami, polskimi i zagranicznymi! I to po drodze z pracy do domu! No po prostu miodzio.

Drugi plusik. W związku z niedawnym otwarciem w kilku sklepach są obniżki. Na przykład w Matrasie 30% zniżki na cały asortyment.
Po godzinie wyszliśmy stamtąd z naprawdę szerokimi uśmiechami - ja z nowymi fiszkami do hiszpańskiego, żona z ukochaną książką a jako wisienkę na torcie wynieśliśmy (po zapłaceniu) planszówkę.

I chyba dzięki temu będę to miejsce kojarzył pozytywnie.





6 kroków do magisterki

Przez ostatnie pół roku pracowałem w domu nad tłumaczeniem książki.

Wiem jak ciężko jest się zmotywować do siedzenia na tyłku i stukania w klawisze. Dlatego nigdy nie żartuję sobie z ludzi, którzy mają kłopoty z napisaniem magisterek na czas.

Jeśli też walczysz z tym problemem, mam dla ciebie 6 sprawdzonych porad:

 

1. Wstań z rana


Leżenie do 12 jest przyjemne i czasem wskazane, ale kiedy śpisz - nie piszesz. Nastaw wszystkie budziki w domu i pochowaj je z daleka od łóżka. Nie zasuwaj zasłon na noc - poranne słoneczko pomoże w poderwaniu się z wyra.

 

2. Zjedz śniadanie

Równanie jest proste: nie ma żarcia = nie ma myślenia. Głodny mózg zaciągnie cię do lodówki zanim napiszesz pierwszy akapit.

 

3. Ogól się.

Serio. Umyj zęby, ogól brodę (jeśli jesteś kobietą wystarczą nogi). Wyglądaj jak człowiek, który zabiera się do pracy, nie do niedzielnej sjesty. Pidżama odpada - albo się w czymś śpi, albo pracuje.

 

4. Nie w łóżku.

Pod żadnym pozorem. Wygodne fotele też odradzam. Postaw niczym Mazowiecki grubą kreskę pomiędzy odpoczynkiem a pracą.

 

5. Ogarnij chatę.

Syf w mieszkaniu to bałagan w głowie. Nie skupisz się kiedy na krześle wiszą ciuchy, pranie suszy się na rurach a przejście boso po dywanie grozi trwałym kalectwem. Lepiej spędzić godzinę na sprzątnięciu bałaganu niż potem zabić się o leżącą na środku pokoju torbę z kijami golfowymi.

 

6. Wyjdź z matriksa

Jeśli go nie potrzebujesz, niech cię nie kusi. Odłącz modem, wyłącz wi-fi, wycisz telefon. Zostań sam na sam  z ekranem i klawiaturą.

 

E włola. Magisterka gotowa. 

Instrukcja obsługi jesiennego wieczoru

Eh, pięknie wygląda Warszawa po małej piątkowej mżawce.

Ulice błyszczą, alejami w stronę Pruszkowa ciągnie sznur migających czerwonych punktów a wiatr macha wesoło sygnalizacją świetlną.


Nic tylko usiąść w fotelu, opatulić się kocem i chwycić książkę.


Tutaj mógłbym wkleić listę książek wartych przeczytania, jakieś 100 pozycji zestawionych przez czytelników amazona, literackich jajogłowych czy inne szacowne gremium.

Ale to znaleźć można na innych blogach, np. tutaj: To read them all!


Zamiast książek polecam autora: Terry Pratchett.


To idealny towarzysz na jesienne wieczory.


Facet stworzył własny świat, zapełnił go treścią: postaciami, legendami, bogami etc. ale najlepsze, że zrobił to z olbrzymim jajem. Jestem pewien, że nawet ludzie, którzy gardzą fantastyką znajdą w nim coś dla siebie.



Cenię go za umiejętność pisania w prosty sposób o skomplikowanych sprawach. Pratchett wyjaśnił mi zasadę działania prasy, banku i poczty. A przy tym ubawił.


Poza tym pełnymi garściami czerpie z Szekspira i Dickensa. Być może jego świat dysku unosi się na grzbiecie czterech słoni stojących na gigantycznym żółwiu, ale czasami tamte realia i stosunki między ludźmi do złudzenia przypominają nasze.


Dlatego zachęcam, a żeby zachęcić, kilka najlepszych cytatów:


 

Noc była czarna jak wnętrze kota. Można by uwierzyć, że właśnie w taką noc bogowie przesuwają ludzi niczym pionki na szachownicy losu. Pośród tej burzy żywiołów ogień migotał pod ociekającymi krzewami kolcolistu jak obłęd w oczach łasicy. Oświetlał trzy przygarbione postacie. Kiedy zabulgotał kociołek, ktoś zajęczał przeraźliwie:
- Rychłoż się zejdziem znów? Zapadło milczenie.
Aż w końcu ktoś inny odpowiedział tonem o wiele bardziej zwyczajnym:
- Myślę, że dam radę w przyszły wtorek. 





Edukacja na Niewidocznym Uniwersytecie działała uświęconą przez wieki metodą umieszczania dużej grupy młodych ludzi w pobliżu dużego zbioru książek, w nadziei że coś przejdzie z jednych na drugich. Tymczasem zainteresowani młodzi ludzie najchętniej umieszczali się w pobliżu oberży i tawern - z tego samego powodu. 








- Czy to ten moment, kiedy całe moje życie przesuwa mi się przed oczami?
NIE TEN MOMENT BYŁ PRZED CHWILĄ.
- Kiedy?
TO MOMENT, rzekł Śmierć, POMIĘDZY PAŃSKIMI NARODZINAMI A PAŃSKIM ZGONEM. 






 



Po co obiecywać, że zrobi się, co jest możliwe? Każdy może zrobić to, co jest możliwe. Trzeba obiecać, że dokona się niemożliwego, ponieważ czasem niemożliwe staje się możliwe, jeśli tylko znajdzie się właściwy sposób. A gdyby nawet nie, to przynajmniej często udaje się poszerzyć granice możliwości. A jeśli się przegra... No cóż, to przecież było niemożliwe.

Beauty Embassy czy Salon Urody?

- Czemu te wszystkie napisy są po angielsku?

Spytała mnie o to moja mama po przejściu się Nowym Światem.

Jakoś nigdy nie zwracałem na to uwagi.

Ale ostatnio myślę o tym coraz częściej. I coraz bardziej mnie to śmieszy.

Okazuje się, że byle budę z zapiekankami trzeba dziś nazwać po angielsku. Wtedy lokal nabiera powagi, a sprzedawca zamiast kanapek serwuje ci sandwich'e a zamiast kawy - americanę.

Czy obcojęzyczna nazwa sprawia, że żarcie jest lepsze? Albo ubrania... nie wiem, lepiej leżą?
Be-ze-du-ra, jak mawiał milord.

Więc skąd ten wstyd przed polskim nazewnictwem?
Spiesząc z pomocą przedsiębiorcom, wybrałem 5 nazw i przełożyłem je z języka Goethego i Twaina na język Reja i Żeromskiego.

Ciekawe, kto zgadnie o jakie miejsca chodzi :)
  1. Generał Kopia
  2. Komnata Piwa
  3. Rezerwa
  4. Punkt Rześkości
  5. Rynek Świeżości
Oczywiście, nie chodzi mi o to, żeby z Rossmanna zrobić Czerwonego Człowieka.
Ale między nami mówiąc, chętniej zjem w Chłopskim jadle niż w Sushi@To. 
I to nie tylko dlatego, że wolę golonkę od ryby w wodorostach.



    Jak trafić do encyklopedii

    Pamiętam jak dziś, kiedy na Pierwszą Komunię dostałem od najbogatszej ciotki w rodzinie nie komputer, rower czy discmana ale... encyklopedię PWN.

    Well, nie powiem, lubiłem czytać, ale żeby encyklopedię? Musicie wiedzieć, drogie dzieci, że były to lata '90 a o internecie słyszałem wtedy tylko w radio. Dlatego z ciekawością (!) przeglądałem bardziej niż czytałem artykuły o ludziach, o których nigdy w życiu nie słyszałem. Pomyślałem sobie: Kurcze, było super mieć kiedyś własne zdjęcie w takiej grubej cegle, unieśmiertelnić się tak, żeby moje wnuki mogły o dziadku przeczytać w książce.

    A już po 6 latach od tamtych wydarzeń na świat przyszła wikipedia.

    Nie ma co pisać, Jimmy Walles zmienił życie miliardów ludzi (zwłaszcza uczniów i studentów). Chyba 100% nastolatków szuka dziś hasła Adam Mickiewicz a nie Mickiewicz, Adam.

    Dostęp do informacji nigdy jeszcze nie był tak ułatwiony.

    Ale nie tylko dostęp - również tworzenie informacji stało się dziecinnie proste.
    Dlatego ostatnio pomyślałem sobie, że zamiast czekać aż jakiś biograf napisze o mnie pasjonującą powieść - sam mogę stworzyć na wikipedii hasło Michał Rukat.


    Okazuje się, że pomysł ten nie zrodził się jedynie w moim megalomańskim umyśle. W wikipedii jest oddzielny artykuł o tworzeniu haseł o sobie samym. Postawiono tam 6 powodów zniechęcających do takiej twórczości.

     

     

     

    Dlaczego nie?

    1. Opisywana w biogramie osoba musi spełniać zasadę encyklopedyczności. Mówiąc krótko, musi Pani (Pan) dokonać czegoś ważnego, by trafić do encyklopedii.

    A właściwie czemu? I co mam rozumieć pod "coś ważnego"?
    Czy np. znalezienie pracy w zawodzie po skończeniu humanistycznych studiów nie jest wystarczającym osiągnięciem?
    Takich osób jak są miliony? Świetnie - wrzucić ich wszystkich do encyklopedii!

    2. Każde hasło musi być zgodne z zasadą neutralnego punktu widzenia. Biogramy nie służą promocji czy reklamie i mogą zawierać wyłącznie suche fakty. Wszelkie oceny i opinie własne (np. określenia w rodzaju „wybitny”) są zabronione.

    To chyba oczywiste. Jakbym chciał się promować to założyłbym bloga modowego. Eeee, nie, nie założyłbym. Ale nie w tym rzecz.

    3. Pani (Pana) dokonania i inne fakty zamieszczone w takim artykule muszą być możliwe do zweryfikowania w niezależnych źródłach informacji, zgodnie z zasadą weryfikowalności. Nie jest tym samym akceptowana tzw. „twórczość własna[...]

    Nie ma sprawy - w necie są informacje o tym jaką skończyłem uczelnię, gdzie pracuję a nawet kiedy wziąłem ślub. Każdy może to zweryfikować.

    Kolejne 3 punkty ostrzegają przed tym, że każdy ma prawo do edycji hasła co może nieść za sobą różne nieprzyjemności. Hm, przez te dwadzieścia kilka lat nie donosiłem na nikogo, nikogo nie zabiłem ani nie okradłem, nie podpalałem chat ani stodół - chyba nie mam się czego wstydzić. Zresztą, skoro hasło musi być obiektywne to czego mam się bać - że ktoś napisze, że jestem głupi?

    Dlaczego tak?

    Po co mi hasło na wikipedii?
    Może żeby poczuć się lepiej w świecie, w którym spędzam kilka godzin dziennie.

    W matriksie każdy z nas ma swoją tożsamość. Tworzą ją portale społecznościowe, informacje na stronach zakładów pracy i forach internetowych. Kiedy ktoś obcy chce się dowiedzieć czegoś o mnie - googluje mnie. Ja robię to samo. Z urywek informacji rozsianych po sieci szkicuję obraz osoby z którą np. będę współpracował.

    Przyszły potencjalny pracodawca tworzy w ten sposób mój obraz. Często prawdziwszy niż ten w CV.

    Mój wizerunek już żyje w sieci. Tworzą go lajki, filmy obejrzane na you tubie, zakupy w sklepie internetowym. Mogę go kreować w ten sposób, zostawiając po sobie strzępy informacji, albo zostawić po sobie trwały ślad w najpopularniejszym źródle wiedzy na świecie.

    Pewnie, że hasło w encyklopedii nie powie ci jakiej muzyki słucham i co ostatnio czytałem.
    Od tego jest facebook.

    Ale jeśli nie znasz mnie osobiście, prędzej zaufasz portalowi społecznościowemu czy weryfikowanej przez setki ludzi wikipedii?

    Oczywiście, ktoś może stwierdzić, że moje nazwisko nie może zawisnąć w encyklopedii. Nie osiągnąłem nic wielkiego etc.

    Otóż - może.

    W końcu jestem wyjątkowy.

    Ty też.

    5 nietypowych powodów by iść na referendum

     

     

    Powód 1. Dla zdrowia

    Siedzisz całe dnie przed kompem w pracy, wracasz do domu i znowu na facebooka. Taki tryb życia sprawi, że w wieku 40 lat będziesz sapał jak parowóz zawiązując buty. A przecież nie musi tak być!

    Wyjdź w niedzielę na spacer i zaczerpnij powietrza! Wiem, ciężko znaleźć motywację. Niech będzie nią referendum!


     

    Powód 2. Dla przygody

    Przygoda czeka za progiem. Kto wie, może w drodze na referendum znajdziesz zagubiony na chodniku portfel? A może przechodząc przed lokalem ktoś poprosi Cię o pomoc w rozwiązaniu jakiejś kryminalnej zagadki? Albo zrobią z Tobą wywiad dla tvp3 i zostaniesz celebrytą, zatańczysz z Maserakiem a za wpływy z reklam kupisz sobie penthouse na Manhattanie?

    Ominie Cię to jeśli w niedziele zostaniesz przed kompem!

     

    Powód 3. Aby się zakochać

    Jesteś samotny? Chętnie poznałbyś kogoś ale nie masz gdzie? A może w lokalu wyborczym za stołem pokrytym zielonym obrusem siedzi Twoja przyszła żona! Nie dowiesz się jeśli nie sprawdzisz - daj sobie szansę! Ubierz się schludnie, ogól i miej przygotowaną gadkę. Jeśli jesteś kobietą, zapomnij odebrać dowodu i wróć się po niego tuż przed zamknięciem lokalu. Z wdzięczności możesz zaprosić przystojnego znalazcę na kawę.

    Proste? Do boju!



     

    Powód 4. Z miłości

    Już dawno nie przyniosłeś żonie kwiatów. W drodze na referendum miniesz z pewnością jakąś kwiaciarnię, względnie babcię z mieczykami w wiaderku.

    A może wreszcie zabrałbyś ukochaną na spacer? Pogoda piękna, złota polska jesień - aż się prosi by wyjść z domu.


     

    Powód 5. Dla frajdy

    Jeśli poprzednie powody do Ciebie nie przemawiają - idź na referendum dla frajdy:)

    Możesz np. stanąć przed komisją w długim czarnym płaszczu i niskim głosem powiedzieć: Zastanawiacie się pewnie, czemu was tutaj zgromadziłem.

    Albo wejść do kabiny i prowadzić samemu ze sobą dialog na różne głosy.

    Albo zawiesić na szyi identyfikator Urząd Miasta Warszawy i robić zdjęcia każdej wchodzącej osobie, notując coś jednocześnie z przejęciem w notesie.

    W każdym z powyższych wypadków - zabierz kolegę z kamerą. I nie zapomnij przesłać linka do filmu!




    Jest wiele powodów by iść na referendum.


    Oczywiście, możesz w tym dniu zostać w domu.

    Pamiętaj jednak, że zrezygnujesz wtedy z czegoś ważniejszego niż taniec z Maserakiem.




    Zbrodnia mojego sąsiada

    Szanuję moich sąsiadów. Ba, nawet ich lubię.

    Mąż, żona, mały synek. Typowa polska rodzinka.


    Co najmniej kilka razy w tygodniu mijam się z sąsiadem na schodach. Zawsze muszę wtedy uciekać gdzieś w korytarz i stać nieruchomo, bez oddechu.


    Kulka nie lubi, gdy ktoś wchodzi mu w drogę.

    A ja nie chcę skończyć w gilotynowej paszczy owczarka niemieckiego o gabarytach małego fiata.


    Bo Kulka to pies. Psisko, raczej. Olbrzymie bydle.

    Ten potwór spędza jakieś 23 godziny na dobę w mieszkaniu.

    Nie jestem jakimś obłąkanym obrońcą praw zwierząt, ale moim zdaniem trzymanie zwierzęcia w zamknięciu, w czterech ścianach, bez świeżego powietrza - to zbrodnia.


    Według pań z ratusza w Warszawie jest ok. 60 tysięcy oczipowanych psów. Wszystkich czworonogów jest pewnie jakieś 200 tysięcy (plus-minus).


    Czy te zwierzęta, które siedzą w mieszkaniach są naprawdę szczęśliwe?

    Szczerze - guzik mnie to obchodzi (przypuszczam, że nie).


    Pewny za to jestem, że nie są szczęśliwi ich sąsiedzi.

    Kiedy ktoś budzi cię szczekaniem o 6 rano, załatwia się pod twoim oknem i wyje bo pan zapomniał nasypać mu pedigree - zieleń każdego aktywisty blaknie.


    Masz domek gdzieś na Białołęce - super. Kup sobie psa i niech dzieciaki ganiają z nim po podwórku.

    Zwierzak uczy empatii, a dziecko, które się nim opiekuje jest pewnie bardziej obowiązkowe. Same plusy.


    Ale jeśli mieszkasz w bloku (a zwłaszcza w tym co ja) - pomyśl o swoich sąsiadach!


    I kup chomika.



     


    Kto mnie odwiedził o 4 rano

    Wczoraj odwiedził mnie dziadek.


    Niezły z niego jajcarz, napędził mi stracha. Nie spodziewałem się go, i to z samego rana!


    Są osoby, które swoim kształtem dążą do doskonałości - czyli kuli. Dziadek jest jedną z nich.

    Jest okrąglutki jak pączek wyjęty z oleju.


    Często wisi na płocie wypatrując gości.

    Częściej siedzi za stołem, prowadząc przez okno stały nadzór nad ruchem ulicznym.



    Przy ładnej pogodzie z drewnianą ciupago-laską spaceruje po podwórku.

    Kota nakarmi, z psami się po przedrzeźnia, potem do bramy tup,tup,tup i wygląda na wnuki.


    Może przyjadą.



    A wnuki siedzą w stolicy i ani myślą dziadka odwiedzić.

    Bo o czym z nim gadać?

    Średnio zna się na telefonach, profilu na facebooku nie ma...

    Na bieżąco jest tylko z kodeksem karnym (dzięki Annie Marii Wesołowskiej).

    Więc przyjeżdżają raz na jakiś czas.


    Dziś dziadek czeka na wnuki, ale już w innym miejscu.

    Zmarł trzy tygodnie temu.


    Fajnie, że wpadłeś się pożegnać.

    Pa, dziadku.




    Dlaczego odmówiłem premierowi

    Tysiąc wejść. Znaczy - zostałem gwiazdą internetów.

    Właśnie dzwonił premier z zaproszeniem na kolację. Panie premierze - post się sam nie wstawi. Sorki, inną razą.


    Niedawno na imieniny dostałem książkę Tomasza Tomczyka Bloger

    Absolutnie nie kojarzyłem człowieka wcześniej. A to dlatego, że nigdy żadnego bloga nie czytałem.

    Tomczyk vel. Kominek jest ponoć najpopularniejszym blogerem w Polsce (no sorry, a nie Kasia Tusk???).

    A sama książka jest poradnikiem o tym jak napisać bloga i na tym zarobić.

    Dziś skończyłem czytać. No cóż. Nie ma sensu pisać recenzji, pewnie jest ich masa bo to nie nowość na rynku wydawniczym. Generalnie, książka ciekawa. Zwróciła moją uwagę na kilka kwestii z których nie zdawałem sobie sprawy.

    Powód

    Po co człowiek pisze bloga? Kominek pisze dla forsy, sławy etc. Podobno od kiedy tylko zaczął tworzyć, myślał o profesjonalnym blogowaniu.
    Kurcze, fajnie byłoby kiedyś trzepać kasę na samym pisaniu. Ale jakbym miał siedzieć przed kompem 12 godz/dobę, pisać pod presją 2 posty dziennie i wrzucać jakieś bannery reklamowe na tę stronę - to chyba nie, dzięki. Szanuję tych którzy zarabiają - praca jak każda inna. Ale ja 1) raczej nie mam na to szans, 2) mam dość reklam na innych stronach żeby je jeszcze wrzucać tutaj.

    Ja zacząłem pisać z 2 powodów.
    1) Lubię pisać. I już. Od szczeniaka tak mam, skrobałem coś na papierze w każdej wolnej chwili. Opowiadania, pierdółki, dzienniki. Lubię i już. To porządkuje myśli i uspokaja.

    2) Na spotkaniu u znajomych kolega powiedział: Rukat, z tym bajerem jakbyś założył kanał na you tube byłbyś gwiazdą. Powiedziałem: OK, pożycz kamerę. Po podłączeniu sprzętu nie mogłem rozpoznać na kompie własnej twarzy (może sterowniki, może kamera a może po prostu nie mam medialnej facjaty?). Uznałem zatem - dobra, nie na you tube to może na jakimś blogu.

    Temat

     Jak już mam pisać to o tym o czym mam choć blade pojęcie. Dlatego na warsztat wziąłem Warszawę. Taką jaką ją widzę - z aromatem przypalonego sera na Dworcu Centralnym i krzywym chodnikiem w Alejach.

    Ludziska

    No nie powiem, niemała to przyjemność widzieć, kiedy ktoś czyta to co napisałeś. OK, większość pewnie wchodzi tu przypadkiem, część z ciekawości co tam Rukat naskrobał, a może ktoś liczy na intymne szczegóły. Jeśli chociaż jedna osoba po przeczytaniu jakiegoś posta powie - kurde, faktycznie! to będzie mój sukces.
    Oczywiście, miło też zobaczyć komentarze pod tekstem. Jednak, jak rzecze Kominek, jak nie ma czego komentować to nie będzie komentarzy. No to będę pisał więcej.


    Poza tym w książce Tomczyka dużo jest cennych porad np. odnośnie częstotliwości publikowania, tytułowania czy zawartości. Mi się przydały. Także polecam.


    Że podniecam się po dwóch miesiącach pisania bloga?
    Jasne, że tak!
    Podoba mi się to i nie zamierzam przestać.
    Tutaj moja megalomania znajduje upust i zamiast skupiać na sobie uwagę w towarzystwie, mogę to robić bez szkody innych w necie.

    No i te telefony z prasy z prośbą o wywiady...


    Żeby nie było, że sam tekst - na końcu odchamiacz.
    Oto co mi zostało z Szalonych Dni Muzyki:



    Od podwórka

    W czasie sobotniego spaceru odwiedziłem kilka podwórek w starych i nowych kamienicach.

    Podwórka są różne, panoczku, różniste. Są całe wybetonowane, są i takie z trawnikiem pośrodku, a na niektórych stoi ławeczka czy nawet kapliczka.

    Wszystkie jednak mają jedną cechę wspólną - są przeważnie strasznie zaniedbane, zarośnięte i zagracone.

    Pomyślałem sobie: Ależ ci ludzie leniwi, nie zadbają nawet o własne podwórko! 
    A potem wróciłem do domu i potknąłem się o belkę sterczącą z mojego oka. 

    Aleje od podwórka

    Kamienica moja niby odnowiona (od zewnątrz, ma się rozumieć). Po wejściu przez bramę pierwsze co uderza człowieka to cisza. To niezwykłe uczucie, kiedy wchodząc do naszej twierdzy zostawiam hałas alei za blaszanymi drzwiami. Uwielbiam to.

    Zaraz po wejściu widać za bramą nasz gaj. Nie wiem jak inaczej to nazwać. Środek pierwszego podwórka zajmuje owal ziemi na którym rośnie coś zielonego. Co roku późną jesienią gospodyni wspólnie z ekipą wyrywa wszystko i przez zimę owal świeci pustką.
    Wraz z wiosną budzi się do życia. I rośnie w zastraszającym tempie. W sierpniu sięga pewnie ok. 2 metrów.

    Do czego służy?
    Jest to rezerwat dzikich kotów, polujących wśród niedostępnych chaszczy na wróbelki, jaskółki i inne sikoreczki. Sam byłem kiedyś świadkiem sceny niczym z National Geographic (nie będę opisywał, bo podpisałem wcześniej, że blog nie będzie zawierał treści drastycznych).


    A przecież można by pozbyć się raz na zawsze tych zarośli i postawić tam np. huśtawkę dla dzieci. Nawet nie plac zabaw, ale chociaż małą huśtaweczkę. A zresztą - jakby stała tam piaskownica i zjeżdżalnia też nic by się nie stało. Że dzieci by krzyczały? Toż od tego są.

    Druga rzecz jaka rzuca się w oczy to poręcze od schodów obwieszone rowerami. Można by przecież zrobić ściepę i zakupić jakieś stojaki na dwuślady. Kilka zespawanych rurek ułatwiłoby życie cyklistom.

    Przez drugą bramę można wyjść na kolejne, tylne podwórko.
    Spaceruję tam co najmniej raz na dwa dni. Niestety nie robię tego by cieszyć się zielenią czy słuchać ptaków śpiewających przy karmnikach. Cel jest bardziej prozaiczny - wywalam śmieci do kontenera, stojącego w malowniczym ceglanym boksie w cieniu drzew.

    Nie jest to pewnie najbrzydsze podwórko w Warszawie. A jednak, czuć tam jakiś nieporządek. Krzaki rozrosły się na dziko, zamiast trawy - zielsko a zamiast rosnących w rządkach kwiatów - stara poręcz od dziecięcego łóżeczka.


    Gdzieś w tym gąszczu znalazłem  nawet karmnik dla ptaków.
    Btw, czy tylko mnie budzi rano krakanie wron, gruchanie gołębi i krzyki srok? Gdzie się podziały skowronki?






    Na środku zarośniętego zielem trawnika tabliczka: PSY WYPROWADZAMY POZA TEREN POSESJI. 
    Postawiona chyba dla żartu, bo nawet gospodyni wyprowadza tam swojego jamnika.Co prawda nie śmierdzi, ale to jednak jakiś dyskomfort mieć świadomość, że ktoś pod twoim oknem zrobił sobie szalet...

    Poza tym, czasem człowiek ma ochotę zejść z wszechobecnego betonu i postać chwilę na trawce. Nie na polu minowym.



    Od sąsiedniej posesji podwórko odgradza ceglany mur, na którym ktoś jakieś milion lat temu powiesił karmnik.

    Po prawej stronie widać coś na kształt sklepienia (?). Czyżby wspomnienie po zamurowanym przejściu?

    Tworzy to pewien klimat, ale chyba wolałbym tynk - a może jakieś ładne graffiti?
    A gdyby tak skosić trawę, posadzić kwiatki, postawić ławeczki. Kurczę, żona stwierdziła, że można by tam nawet posadzić jakieś maliny czy inny szczypiorek. A w czerwcu spotykać się na ławeczce z sąsiadem i porozmawiać o wymianie kaloryferów, z sąsiadką o nowych kwiatach a z synem ich obojga o graffiti, które właśnie stworzył na murku.


    Gdyby powyższy tekst przeczytali mieszkańcy mojej kamienicy, pewnie popukaliby się w głowę i powiedzieli: To weź się do roboty, zamiast pisać posadź kwiatki i kup ławeczkę!

    Może tak trzeba faktycznie zrobić?
    Napisać ogłoszenie, że tego a tego dnia zapraszamy na wspólne sadzenie kwiatów, albo że odbędzie się zbiórka na huśtawkę czy cokolwiek.

    Ciekawe, jaki byłby odzew. I co na to gospodyni i jej jamnik...