Powoli po Woli

Chyba uzależniłem się od bloga. Chociaż robota wisi, to ja - siedząc ze szklaneczką wyśmienitego Paulanera - zabieram się do pisania.
Polubiłem to.

W ubiegłą sobotę przypomniałem sobie, że istnieje życie poza pracą.

Na początku przyjemny, długi poranek.
Rano zwykle otwieram oczy o 6:30. Nawet kiedy nie muszę iść do pracy to i tak zrywam się wcześnie - bo trzeba. Zawsze coś wisi nad człowiekiem i nie daje spokoju. Trzeba napisać, posprzątać, odwiedzić.
A tym razem spałem do 8 czy 9. I wiem, że niektórzy potrafią do 12:00, ale dla mnie to i tak niezły wyczyn.

Powoli po Woli.

Kiedy nie muszę się spieszyć, lubię spacerować. Zwłaszcza po mojej okolicy.
W sobotę wybraliśmy się na spacerek po Woli. W żadnym przewodniku jakie mam w domu nie było ani słowa np. o tej zapomnianej części Chmielnej.

Dobrze jest czasami poczuć się jak turysta we własnym mieście. Można wtedy docenić piękno obok którego na co dzień przechodzimy obojętnie.Trzeba tylko zwolnić!
Idąc powoli mogłem np. zauważyć ślady po kulach na balustradzie, którą codziennie mijam w drodze do Biedry.

Ślady po pociskach wokół okien na domu kolejowym - kolejny wehikuł czasu.




Wreszcie, na Chmielnej natrafiliśmy na starą, sypiącą się kamienicę. Ściany ogołocone z tynku, wejście bez domofonu, drzwi do bramy ledwie trzymają się w zawiasach. W niektórych oknach firanki, w większości dykta. Próbuję wedrzeć się na klatkę schodową - zamknięte na klucz. Szczekanie psa za drzwiami skutecznie zniechęca do dalszych prób.
Na środku podwórka zaniedbany ogródek. Pośrodku chyląca się kapliczka z Matką Boską w kilku wcieleniach, którym dzielnie towarzyszy papież. Mały cherubinek patrzy figlarnie spod sztucznych kwiatów. Całość, mimo środka dnia, oświetla stara żarówka.
Stare ceglane ściany były na pewno świadkami modlitwy o koniec wojny, o powrót syna, o pokój i spokój. A może mieszka tu jeszcze ktoś, kto pamięta tamte prośby? Może warto spytać, czy zostały wysłuchane...






Idziemy dalej, aż do Hali Mirowskiej. Po drodze mijamy nowe apartamentowce, postawione na miejscu zburzonej, starej Warszawy. Na niektórych z nich: ciekawostki architektoniczne:

 

Hala Mirowska.
Każdy powinien raz w życiu tu przyjść. Może nie jest to dawny Kercelak, może nie ma atmosfery przedwojennej stolicy - ale jest jakiś nieuchwytny klimat. Jakaś radość w kupowaniu zwykłej dyni czy papryki, jakaś życzliwość sprzedających, którzy dorzucają jeszcze kilka śliwek - na koszt firmy, jest zapach bazylii i mięty, są twarze starszych babć sprzedających zebrane gdzieś pod Grójcem kurki i prawdziwki. Tłum przesuwający się od straganu do straganu nie jest tym samym tłumem, który wieczorem wraca metrem z pracy. Ta atmosfera bazarku sprawia, że nawet idąc z ciężkimi siatami na tramwaj, człowiek uśmiecha się sam do siebie.

A ukoronowaniem kupowania i dźwigania - przepyszny obiad.

Wieczorem poszliśmy ze znajomymi na Szalone Dni Muzyki. Bilety po 5 zł, grzech nie skorzystać. Siedząc gdzieś na balkonie, pośród bardziej i mniej elegancko ubranego towarzystwa, dzięki muzyce na chwilę zapomniałem o zapowietrzonych kaloryferach i niezrealizowanym zleceniu.

Potem, na Piwnej, z doskonałym czeskim browarem w dłoni, w towarzystwie żony i przyjaciół, pomyślałem sobie, że takie właśnie dni będę pamiętał na starość.

Oby było ich więcej.




Na Polu

Wtorki, jak to wolne dni, są najbardziej pracowite.

W tygodniu człowiek tyra 9 - 17 i fajrant. A jak tylko nie musi karty na zakładzie odbijać, to i to by zrobił, i to załatwił, i tamtego odwiedził etc.

Wszystko by się chciało.


Dziś wybrałem się do BNu, poszukać czegoś o Pileckim (patrz - poprzedni post).


Po remoncie w bibliotece jeszcze nie byłem. A jako że pracowałem tam jakiś czas, wracałem na pole mokotowskie z pewnym sentymentem.


Ileż godzin spędziłem tam na studiach, czy to czekając na książkę, szamiąc batoniki z automatu i zupę za 3 zł, gawędząc z p. Adamem z mikrofilmów... To se ne wrati.


Po remoncie sporo zmian.


W szatni - pani Ela ufarbowała włosy. Poza tym status quo.



Musiałem wyrobić kartę, stara się zdezaktualizowała. Żona ostrzegła mnie, że na miejscu zrobią mi zdjęcie - jak w BUWie. Poprawiłem zatem grzywkę, rozsiadłem się na fotelu i już miałem uraczyć miłą panią bibliotekarkę uśmiechem nr 3... pech, zanim zdążyłem się przygotować zdjęcie było gotowe a ja wyszedłem jak zwykle.

Ale za to karta nie byle jaki kartonik ale plastik, panie, przetrwa bombardowania atomowe i będzie się rozkładał kiedy o moich prochach ślad dawno zaginie.


Kolejnym zaskoczeniem było zamawianie książek. Już nie muszę skrobać sygnatur na rewersiku ale wszystko on-line. Miodzio.


To co się nie zmieniło to czas oczekiwania. Bite 40 minut. Ale za to jest chwila na pogadanie ze starymi znajomymi. Miło popatrzeć na te same twarze, posłuchać głosu, który przenosi mnie jakieś 4 lata wstecz, do czasu gdy wycierałem pracowicie kurze z Bibliografii Historii Polski...


Niestety, nie wszystko zmieniło się na lepsze. Przy remoncie zapadła decyzja o wymianie sympatycznych lampeczek w stolikach, które swoim wesołym migotaniem informowały o czekających na czytelnika książkach. Diodki wymontowano, ale nowych jeszcze nie ma... I trzeba się samemu fatygować. Ja tam mogę chodzić, ale szkoda mi tych światełek - przywykłem.


Trochę ciężko ze znalezieniem miejsca do posadzenia tyłka poza czytelnią. Zabrano stoliki i krzesełka z barku i sprzed kiosku. I gdzie teraz ludzie udzielają korepetycji? Jakoś nie mogłem też znaleźć automatu z batonikami, ale ponoć jest, tylko przegapiłem.


Największą metamorfozę przeszły toalety. Jak sobie przypomnę te poprzednie, ciemne, ciasne, śmierdzące norki z kafelkami pamiętającymi Bieruta i niedwuznacznymi napisami na drzwiach od kabin - ciary przechodzą. A teraz? Myślę, że książę Karol by się nie powstydził.


Po remoncie władze biblioteki doznały też iluminacji i pozwoliły czytelnikom robić zdjęcia własnymi aparatami. W efekcie, koleżanka z punktu xero przeczyta chyba z nudów wszystkie książki z księgozbioru podręcznego.


I co? Kryzys, obcinają fundusze na kulturę etc. A tu dyrektor Makowski pokazał defetystom środkowy palec i odpucował świątynię książki. Doktora, poza tym, że chodziłem do niego na wykłady, pamiętam jeszcze z jednego cytatu: Skoro nie odmawiamy sobie dobrego jedzenia, dobrej muzyki, wakacji czy seksu, dlaczego odmawiamy sobie akurat tej jednej przyjemności? Chodzi oczywiście o czytanie:)


A na koniec - może ktoś szuka pracy i marzy mu się Biblioteka Narodowa? Koleżanka z Wrocławia przesłała mi dziś ten link (dzięki Ola!) - tu znaleźć można sporo ogłoszeń: http://bn.org.pl/bip/rekrutacja


Podróże do przeszłości śladami CV zawsze poprawiają mi humor. Każde miejsce zmienia się na swój sposób, tak jak biblioteka w ciągu tych kilku ostatnich miesięcy. Zawsze jednak kiedy tam wracam, mogę odnaleźć kawałek mojego świata.

A może po prostu noszę go zawsze ze sobą?



Oświęcim to była igraszka

Nieopodal mojego domu stoi sobie budynek, w którym była kiedyś redakcja Rzepy. Na ścianie tej kamienicy wisi tablica ufundowana przez Presspublicę.


Jak głosi napis na niej, dom ten był w sierpniu 1944 roku redutą wolnej Rzeczpospolitej. A dowodził nią rotmistrz Witold Pilecki, ochotnik do Auschwitz.


Jakiś czas temu włączyłem się w tworzenie DUCH-a, czyli Dziecięcego Uniwersytetu Ciekawej Historii. Jeden z bloków wykładów nosi tytuł Bohaterowie historii. Zaproponowałem, że opowiem dzieciom (w tym przypadku gimnazjalistom) właśnie o rotmistrzu Pileckim.


Jestem zobligowany, żeby wkrótce skończyć konspekt zajęć. Mają trwać 60 minut.


Od dłuższego czasu ciągle chodzą mi po głowie dwa pytania:

1) Kogo można określić mianem bohatera?

2) Jak opowiadać 14-latkowi o bohaterze z okresu II wojny światowej?


Na pierwsze pytanie odpowiedź wydaje się prosta. Człowiek po chwili namysłu może stwierdzić, że bohater to ktoś, kto poświęca się dla dobra ogółu. Ciocia wikipedia  zgadza się z tym w 100%.


 

Nie ma co się rozpisywać, Pilecki był bohaterem. Oczywiście, ktoś może powiedzieć: Zostawił żonę i dzieci a sam porywał się z motyką na słońce, albo O Oświęcimiu w 1940 nie wiedziano jeszcze tyle co później, na pewno gdyby wiedział jak wygląda tam życie, nie zdecydowałby się na taką brawurę etc. etc.


Cóż, widocznie ojczyzna była dla niego ważniejsza niż rodzina (a może wierzył, że walcząc za ojczyznę, walczy o przyszłość dla rodziny?), a o tym do czego zdolni są Niemcy wiedzieli już wszyscy po masakrze w Wawrze (1939). Więc nikt mi nie powie, że nie było strachu przed pójściem do obozu. Trzeba było mieć żelazne cojones.


No tak, dla mnie człowiek, który walczył w 1920 roku, potem został w kraju i konspirował, zakładał ruch oporu w obozie zagłady, dowodził jednym z nigdy niezdobytych punktów oporu w powstaniu warszawskim - to bohater.


Ale dla dzieciaka?



Jak taki zarośnięty gościu w pasiaku może się równać chociażby z błyszczącym Iron Man'em? Albo z jakimkolwiek innym avengersem? Albo z Barney'em z HIMYM?

Że niby Pilecki był prawdziwy a tamci są zmyśleni? To prawda, ale co z tego?

Gimbus widział Iron Mana w 4 filmach, setkach kreskówek, komiksów, idzie do szkoły z plecakiem na którym gościu w czerwono-żółtej puszce strzela laserami do gigantycznych robali. To jest jego bohater - nie jakiś zabity przed dziesiątkami lat żołnierz o którym nigdy nie słyszał.


Zastanawiałem się nad przyczyną. I myślę sobie, że wszyscy jak teraz siedzimy przed kompami jesteśmy zafikoswani na jednym.

Na sukcesie.


Bo przecież trzeba skończyć dobre studia, znaleźć dobrze płatną pracę, mieć duże własne mieszkanie, nowy samochód i ubierać dzieciaka w Dolce & Gabbana. Trzeba wygrywać. Trzeba.


A ktoś taki jak bohater, musi być zwycięzcą.


A Pilecki? Przegrał w 1939, potem nie udało mu się wzniecić powstania w Oświęcimiu, poległ w warszawskiej hekatombie a na końcu wrócił do kraju tylko po to, by dać się zabić. Przegrał wszystko. 


Jak mam dziś przekonać gimnazjalistę, otoczonego herosami Marvela, że bohater to nie tylko pogromca lodowych olbrzymów, ale też (a może przede wszystkim) człowiek zdolny do poświęceń na rzecz innych?


A może Pilecki jest (był) bohaterem tylko mojego pokolenia? Dla moich dzieci i wnuków będzie już tylko hasłem w wikipedii.


Boję się, że tak się stanie jeśli nie będę potrafił opowiedzieć jego historii dzieciakom. Jeśli nie uwierzą mi, że zwycięstwo moralne jest ważniejsze od odparcia kolejnej wyimaginowanej inwazji kosmitów.



P.S.: Wpiszcie w grafikę google słowa: "Polska" i "bohater". Może jednak nie jest tak źle...


To nie jest film o powstaniu warszawskim!

Miałem nie pisać recenzji filmowych, bo żaden ze mnie krytyk.

Ale jest okazja więc skrobnę coś niecoś - nie recenzję a raczej refleksję.

Wczoraj kolega z pracy poczęstował mnie zaproszeniem na przedpremierowy pokaz filmu Sierpniowe niebo. 63 dni chwały. 

Kto nie kojarzy, proszę bardzo - zapowiedź niżej:

Oglądając ją można się zastanawiać - czemu zamiast standardowej zapowiedzi producent zrobił klip hip-hopowy i poprzeplatał go kronikami powstańczymi.

Ja po obejrzeniu filmu - nie wiem. A kawałek choć trochę sztuczny, to wpada w ucho. Przynajmniej moje.

Oczywiście idąc na seans nastawiłem się na pierwszy fabularny film o powstaniu warszawskim od wielu lat.

No cóż, to był mój błąd.

Moim zdaniem to nie jest film o powstaniu warszawskim. To raczej skrzyżowanie dokumentu, teatru telewizji i kronik powstańczych, które ma odpowiedzieć na pytanie: Kto odziedziczył dziś pamięć po powstaniu warszawskim?

Więc tak naprawdę to film nie o wydarzeniach z sierpnia, ale o pamięci o nich.

Nie obyło się bez wpadek. W jednej scenie, teoretycznie z czasów okupacji, konspiratorzy drukują apel Polacy! który był drukowany dopiero w sierpniu 1944... Co prawda scena była kręcona w drukarni MPW, a tam mają tylko takie blachy - to może trochę usprawiedliwiać autorów. Ale fakt ten jest też dowodem na to, że twórcy mieli bardzo ograniczony budżet. W takich warunkach i tak udało im się sporo osiągnąć.

Najlepsze momenty filmu to te, w których aktorzy się nie odzywają. Czasem dialogi są sztuczne, pisała je chyba jakaś starsza nauczycielka historii. Na ekranie jest mnóstwo debiutantów i, cóż, to widać. Ale pewnie na Lindę i Małaszyńskiego twórców nie było stać...

Raziło mnie też ciągłe przeskakiwanie z jednej sceny/rzeczywistości w inną. Miałem poczucie, że ktoś nakręcił 3 filmy a potem posklejał je w jeden, wycinając co nie co. To troszkę męczyło w czasie oglądania.

Nie psując nikomu frajdy mogę chyba napisać, że akcja filmu toczy się w trzech rzeczywistościach: w czasie okupacji, powstania i dzisiaj. Mnóstwo wątków i masa postaci, czasem nie wiedziałem kto jest głównym bohaterem.

Może pamięć?

 A co mi się podobało...hm.

Na pewno pytanie jakie stawia film, czyli: Kto odziedziczył pamięć po powstaniu? 

Kiedy już wyszedłem z kina i  wymieniłem z żoną wszystkie krytyczne uwagi, stwierdziłem, że podoba mi się przekaz autorów. To prawda, jest wyłożony łopatologicznie i miejscami tchnie patosem - co nie przeszkodziło mi się wzruszyć na końcu.

I jeśli reżyser chciał, żebym po napisach końcowych zastanawiał się nie tylko nad sensem powstania, ale nad tym jak ono wpłynęło na miasto i ciągle wpływa każdego dnia na mnie - to mu się udało.

Przed seansem była rozmowa z reżyserem, Ireneuszem Dobrowolskim. Prowadził ją pewien publicysta-bliźniak za którym nie przepadam. W jednym muszę się z nim jednak zgodzić.

To, czy powstanie miało sens, zależy dzisiaj również od nas samych i od tego, co zrobimy z pamięcią o bohaterach.

Do refleksji nad tym, zmusza film Dobrowolskiego. I chwała mu za to.

Dzień Dobry!

Dzień Dobry!


Dwa proste słowa.


Wypowiadam je od rana: do żony, kolegów z pracy, kuriera z przesyłką i odbierając telefon.

Więc czemu nie miałbym powiedzieć: Dzień dobry! sąsiadowi mijanemu na klatce czy na podwórku?


Skoro mówię te słowa wchodząc do fryzjera czy stając przed kasą w Biedrze, to czemu mam milczeć mijając człowieka z którym mieszkam, prawda - nie w jednym mieszkaniu - ale przecież w jednym domu/kamienicy?


Pewien znajomy uważa, że to wieś mówić do obcych ludzi Dzień dobry. Powiadam wam - to wieś nie mówić nic! Mijać ich obojętnie, jak ludzi rozdających ulotki.

I nie chodzi nawet o budowanie jakiejś wspólnoty, siedzenie przy ognisku i śpiewanie harcerskich piosenek.

To po prostu kwestia kultury. Mówiąc - Dzień dobry - życzę komuś dobrego dnia.

Kiedy mieszkałem na Hucie, w tzw. trójkącie bielańskim, wszyscy mówili sobie Dzień dobry. Dresy siedzące na ławce, facet wyprowadzający psa w piżamie i babcie kursujące pomiędzy Lidlem a piekarnią. Wszyscy. I to było miłe.


Teraz, przy Alejach, Dzień dobry słyszę bardzo rzadko.

Dlatego zacząłem sam - ilekroć mijam kogoś w bramie i na klatce - mówić Dzień dobry. 

Jedni odpowiadają, inni przechodzą mimo. Ale tych pierwszych jest więcej - i to cieszy.


Mówiąc sąsiadowi Dzień dobry, zamieniam powoli miejsce w którym mieszkam z wielkiego ula albo magazynu łóżek i lodówek - w coś więcej. Coś jak dom.

A poza tym, miło jest kiedy ktoś życzy Ci rano Dobrego dnia...


Mówmy sąsiadom Dzień dobry! :)



Kraków w Warszawie

Miało być o tanim żarciu w Stolicy. Do tego tematu będę musiał zabrać się na poważnie - dlatego jeszcze nie dziś.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

A dziś o temacie, który podsunęła mi kiedyś żona.

Kiedy wyjeżdżamy na wakacje, zawsze staramy się złapać klimat miejsca w którym jesteśmy. Nie jemy zatem w MCdonaldzie ani KFC, unikamy sieciówek, a szukamy za to lokalnych przysmaków.

Na przykład wizyta w Krakowie jest nie ważna bez precla, a w Zakopanem obżeram się oscypkami.

Dlatego zawsze smak precla będzie mi się kojarzył z krakowskim rynkiem. Zawsze.

Tymczasem firma Krakowskie Precle (z Warszawy!) postanowiła uszczęśliwić mnie na siłę.

Na swojej stronie tak piszą o sobie:

Firma od 2009 roku codziennie dostarcza do Warszawy świeże i oryginalne krakowskie precle oraz sery z Zakopanego. (...) Dziś mamy 8 stoisk w Złotych Tarasach, Galerii Mokotów, CH Arkadia, CH Wileńska, CH Słoneczna w Radomiu oraz w dwóch szpitalach MSWiA i Banacha.

Wkrótce otworzymy kolejne punkty sprzedaży.

I rzeczywiście, od dłuższego czasu  można się natknąć na takie stoiska jak po prawej.

Ktoś powie: Bardzo dobrze! Nie muszę jechać do Krakowa specjalnie po precla - precel sam przyjechał do mnie!

Ale czy o to chodzi?

Czy ten precel zjedzony w Złotych Tarasach będzie smakował tak samo jak pod pomnikiem Mickiewicza, z widokiem na kościół mariacki?

Nie wydaje mi się.

Oczywiście, ciężko żyłoby się w świecie, gdzie pizzę można by zjeść jedynie w Mediolanie, kebab w Ankarze a sajgonki na Tajwanie. Niemniej jednak, smuci mnie czasem to pomieszanie smaków i miejsc, te gastronomiczne mozaiki, kogle mogle etc.

- Czyli podoba ci się w Warszawie islamsko-turecki kebab ale polsko-krakowskiego precla już nie zdzierżysz?

- Ano, kebab kupisz w każdym mieście pow. 10 tys. mieszkańców, a precel jest jeden, jedyny! Niepowtarzalny i krakowski! I zawsze będzie kojarzył mi się z sesjami mediewistycznymi, ozhs-em i wędrówkami po Krakowie z moją żoną...


Przestanie być symbolem, kiedy spowszednieje i rozpuści się w tym wielkim kotle jak pizza, hot-dogi i kebab.

Dlatego niech Smok Wawelski pozostanie Smokiem Wawelskim, Syrenka Warszawska Syrenką Warszawską a precel krakowski - sobą. I to najlepiej w Krakowie, gdzie będę mógł przyjechać i zjeść go słuchając hejnału.

Baranina, grube, łagodne! czyli pochwała kebaba

Ciekawe jak wyglądałyby odpowiedzi na pytanie zadane w czasie ulicznej sondy:


Jakie jest tradycyjne warszawskie danie?


Daję konia z rzędem, jeśli 1 na 10 przypadkowych przechodniów odpowie, że flaki.


Idąc ulicą, czy to w Śródmieściu czy na Mokotowie a nawet na warszawskiej jak diabli Pradze - wszędzie widzę jeden i ten sam baner:


Tak jest, kebab, lub jak ktoś woli - kebap.


Wydaje mi się, że jest on Warszawie równie popularny co precle w Krakowie, pierniki w Toruniu i Doda w Ciechanowie. Gdybym nie widział śniadej cery pana z nożem i nie wiedział, że te budy z mięchem przywędrowały do nas z (no właśnie - z Turcji? z Niemiec?) - to pewnie na pytanie w ulicznej sondzie odpowiedziałbym śmiało: Tradycyjnym warszawskim daniem jest kebab. Baranina, grube, łagodne.


Były już nawet rankingi kebabów warszawskich, założę się też, że jest jakiś blog na ten temat.

Budę z kebsem można spotkać na każdym rogu. Mam wrażenie, że z każdym rokiem jest ich coraz więcej. Swoją drogą, czy ktoś kiedyś widział, żeby właściciel zamykał kebab? Ja nie - a Tele Pizzę obok mnie już dawno zamienili na bank.


Pamiętam jak nie tak dawno na dworcu Warszawa Śródmieście można było przez kilka miesięcy kupić kebab za 5 złotych - nieustająca promocja! Karnawał trwał aż do znalezienia pod PKiNem magazynu mięsa...


Sam zresztą miałem okazję poznać tajniki produkcji tego fast-fooda (?), kiedy na studiach pracowałem w pewnej knajpie w Złotych Tarasach, gdzie daniem głównym był właśnie kebab. A żeby było śmieszniej, restauracja była grecka, właściciel Polak a my zapieprzaliśmy jak murzyni z Madagaskaru. Także było multi-kulti.


Warto zauważyć, że kebab jest jedną z niewielu rzeczy, które w Warszawie są tańsze niż w innych miastach Polski. Spróbujcie kupić np. w Krakowie kebaba za 8 zł. Nic z tego - cena wywoławcza to co najmniej dyszka.

(BTW, w Poznaniu spotkałem kiedyś kuriozum - kebab w kubku:)


Oczywiście, istnieje spore grono przeciwników kebabów. A bo to nie polskie, Araby nas panie zaleją i w ogóle świństwo, z psów to robią i z gołębi.


Może i z psów - ale z jaką klasą!



No dobra - filmik nie z Warszawy, ale i u nas są naśladowcy:


 Hasan daje radę, choć do kolegi z zagranicy mu jeszcze daleko.


Czy jedząc kebab przykładam rękę do arabskiej inwazji na Europę? Pewnie tak samo jak idąc do Chińczyka wspieram państwo środka czy kupując w Biedrze napędzam wzrost gospodarczy Portugalii.


To je globalizacja - tego nie pomalujesz. 


Nie mam nic przeciwko bojkotowaniu kebabów dla dobra polskiej gospodarki, ale wolałbym zamiast bojkotu jakąś polską alternatywę kebaba. I mam na myśli coś z większym polotem niż bułka z pieczarkami.


Na przykład bigos na wynos!

Czy nie byłoby wspaniale, jakby nagle na mieście zaroiło się od szyldów ze swojskim napisem BIGOS?


A na koniec - 4 powody dla których moim zdaniem kebab jest lepszy od bułki z pieczarkami (o której nikt nigdy nie słyszał), zapiekanki i badziewia z kfc i mc donalda.

  1. Za 8-9 zeta można najeść się do syta. To czyni go najbardziej efektywnym fast-foodem w stolicy.

  1. Znajdziesz go wszędzie - w okolicy może zabraknąć kiosku z biletami ZTM ale buda z kebsem będzie na mur beton!

  1. Powiew orientu - zwłaszcza jak na ścianie wisi plazma z której dobiega cię jazgot al-jaziiry, a wąsaci panowie szwargoczą do siebie w jakimś kurdyjskim narzeczu. Jest klimat.

  1. BARANINA - nie wiem jak wy, ale ja zwykle jadam drób i wieprzowinę, a miło jest czasem wbić zęby w coś innego.

A zatem - w oczekiwaniu na bigos, polecam kebsa,

(natomiast nie polecam szwedzkich hot-dogów za 1,50 zł - robią je z pewnej części krowy, chyba łatwo zgadnąć z jakiej:)