Po co nam te muzułmany?

Dwa tysiące muzułmanów przyjedzie do Polski. Będą spać pod moim niebem, jeść mój chleb i pocić się w moich zatłoczonych tramwajach. 

 

 

 

 

 

Widzieliście ten obrazek? 

 

 

Wpada w ucho. Szkoda, że to kłamstwo.

 

 

Piotr Pacak z Historie Zapomniane skomentował to w ten sposób:

Po pierwsze to nie Iran, ale angielska administracja, której polecenia wykonywała rządząca Iranem marionetka (chwilę wcześniej wstawiona za władcę obalonego w wyniku zbrojnej interwencji). Przyjęcie Polaków było decyzją angielską i zrealizowaną w oparciu o angielską logistykę (zapasy). Uchodźców jak najbardziej pytano o religię. Każdy wypełniał odnośną rubrykę w dokumentach. Anglicy też nie robili tego ze względów humanitarnych. Razem z cywilami przyjęli sześć polskich dywizji, bezcennych wobec ich sytuacji w Afryce Północnej.

 

I cóż. W gimnazjum o tym nie uczyli a my Polacy tak mamy, kochamy poczucie winy.

 

DWIE SCENKI Z WARSZAWY

 

Scena 1

Szkoła podstawowa na Bielanach. W każdej klasie uczy się dwoje Czeczenów. Język polski znają tylko ze słyszenia. Ufundowane przez dzielnicę podręczniki służą im jako kolorowanki. Nauczyciele nie bardzo wiedzą co począć z przybyszami, nie mają też wsparcia ze strony dyrekcji. 

 

Dlatego śniada para siedzi przez 45 minut względnie spokojnie (choć bywa różnie) i wychodzi na przerwę.

 

Na szkolnym korytarzu niewidzialna ściana oddziela dzieci "krajowe" od uczniów "z importu". Stoją pod ścianami naprzeciwko siebie. Rzucają w sąsiadów przezwiskami (każde w swoim języku). Niekiedy zamiast słów lecą papiery, ołówki... 

 

Niewinne, dziecięce zabawy? 

 

Scena 2

Plac Bankowy, do tramwaju wchodzi młody śniady człowiek. Klęka na początku składu i bijąc pokłony do ziemi zaczyna śpiewać. Melodia jakby modlitewna, błagalna, ale zarazem wesoła. Kojarzy mi się z bollywoodem. Więc może to Hindus. Jeszcze przed Starym Miastem wstaje i atakuje pasażerów styropianowym kubeczkiem. 

 

Chłopak na oko w moim wieku, młode silne byczysko. 

 

I nie jest sam. Jest ich coraz więcej.

 

Gołym okiem widać, że nie dajemy sobie rady. Ktoś wrzuca świnię do meczetu, na Hucie rośnie muzułmańskie getto a w komunikacji coraz więcej rozmodlonych "cejlończyków". 

 

 

 

Ale to nie znaczy, że nie powinniśmy przyjmować uchodźców uciekających przed wojną.
 

 

 Z dwóch powodów. 


Po pierwsze, to świetna okazja do budowania naszego PR.
Sześciolatki nad Tamizą i Renem wiedzą, że Polacy w czasie II WŚ pili wódkę z czaszek zamordowanych przez AK Żydów. Warto zacząć robić coś z naszym wizerunkiem.

 

Powinniśmy brać tych uchodźców i trąbić na prawo i lewo o tym jacy to jesteśmy humanitarni, tolerancyjni i pacyfistyczni. To tylko (sic!) dwa tysiące osób, a odpowiednio rozegrana kampania marketingowa może przynieść korzyści o wiele większe, niż koszty ich "lokacji". 


Po drugie, to nasz psi obowiązek jako ludzi, chrześcijan, buddystów czy kogo tam, żeby pomóc drugiemu człowiekowi. Nie dlatego, że mówi tak pierdzący w stołek unijny mądrala. 

 

Ale dlatego, że warto (choć może się nie opłaca). 

 

 

Ta pomoc będzie miała sens jedynie wtedy, gdy uchodźcy nauczą się naszego języka, poślą dzieci do naszych szkół (a nie tramwajów) i znajdą pracę. 

 

 

Jeśli nie potrafimy im w tym pomóc, to lepiej zacznijmy zbierać cegły na mur. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz