Dwa słowa do pani od matematyki

W miejscu pracy często stykam się ze specyficznym gatunkiem homo sapiens, jakim jest nauczyciel.

Dogadanie się z nimi przez telefon przypomina wyjaśnianie Tajlandczykowi różnicy pomiędzy SKM i WKD. Potrzeba sporo cierpliwości i ... najlepiej rysunku poglądowego.




Na szczęście, najczęściej mam do czynienia z młodymi i ambitnymi przedstawicielami tej profesji. Starsi i zblazowani belfrowie nie mają ochoty opuszczać przytulnych murów szkoły a na wycieczki chodzą najdalej do pobliskiego teatru.

Po latach walki (często bezowocnej) z tępotą młodzieży, wycofali się do okopów utartych ścieżek nauczania, programów zaaprobowanych przez MEN i podręczników z przetartymi grzbietami. Wyciągają z teczek pożółkłe kartki ze starymi konspektami lekcji i ruszają do swoich klas. Bez najmniejszej nadziei na bycie zrozumianymi.


Chciałbym, żeby jeden z takich uśpionych gigantów dydaktyki przeczytał poniższy tekst. 


Co ona gada?

To było najczęstsze pytanie jakie stawiałem sobie na lekcjach matematyki. Były momenty w których nie miałem pojęcia o co chodzi skądinąd sympatycznej nauczycielce. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale dziś już wiem, że ta kobieta mówiła do mnie w innym języku.



Świat, w którym słowo zostało zastąpione przez obrazek przynosi nowe wyzwania nauczycielowi. Jednym z najtrudniejszych jest dotarcie z przekazem werbalnym do świadomości znudzonego gimnazjalisty. Sposobem na nawiązanie kontaktu z uczniem jest wykorzystanie języka, z którym przebywa on cały czas. Języka memów internetowych.


Dobry nauczyciel powinien, tak jak misjonarz, poznać mowę ludzi z którymi chce pracować. W tym przypadku jest to zbarbaryzowany język internetów, pełen skrótów, haseł a przede wszystkim obrazków. Wejście w świat pojęć takich jak forever alone czy badass może nie być przyjemne dla starszego belfra, ale pozwoli:


po pierwsze: lepiej zrozumieć przeciętnego 13-latka

po drugie: realnie przykuć jego uwagę.


Niekiedy nauczyciel rozmawiający z uczniem przypomina załogi hiszpańskich okrętów, które z mieszkańcami amerykańskich dżungli dogadywały się za pomocą strzału z karabinu. Względnie machaniem naręczem koralików. Warto wskoczyć na wyższy poziom komunikacji.

Wiele napisano o rozmowie z dzieckiem, nastolatkiem, uczniem. Po co jednak uczyć się języka z książki, kiedy można czerpać wiedzę od native speakerów? Kiedy przeczytałeś już poważne podręczniki, polecam wejść na strony na których uczniowie spędzają zdecydowanie więcej czasu niż nad pracą domową. Mam na myśli serwisy prezentujące zbiory memów, takie jak Kwejk czy Demotywatory. Wystarczy 15 minut dziennie by dowiedzieć się czym żyje Internet.

Treści obecne na tych stronach są zwykle prostackie a niekiedy wręcz wulgarne. Nie zmienia to faktu, że z taką właśnie „kulturą” obcuje uczeń na co dzień. Jego umysł przyswaja informacje przekazywane w tej formie dużo lepiej niż teksty źródłowe i tabelki z nazwami minerałów.



Poznanie tej rzeczywistości nie oznacza, że nauczyciele powinni porozumiewać się z uczniami wyłącznie słownictwem zaczerpniętym z komentarzy na forach dyskusyjnych.

Trzeba mieć świadomość, że języka Mickiewicza i Miłosza nastolatkowie nie usłyszą w telewizji – szkoła jest często jedynym miejscem, gdzie mogą nauczyć się mówić w ojczystym języku. Ale nie będą cię słuchać jeśli będziesz nawijał do nich dwunastozgłoskowcem.


Dlatego, drogi belfrze, wyluzuj. Odłóż na bok klasówki, wypracowania i zatłuszczone zeszyty. Włącz kompa i daj się ponieść duchowi internetu.



2 komentarze:

  1. Przyznam, że pracując z młodzieżą (wolę takie określenie tego, co obecnie robię zawodowo niż określenie „jestem nauczycielem”, bo będąc jednocześnie psychologiem nie do końca utożsamiam z zawodem nauczyciela, nieważne) miewam czasem problem z balansowaniem pomiędzy tym, co Ty nazywasz mową internetu a językiem Miłosza. Jako osoba ucząca języka polskiego mam czasem wyrzuty sumienia, że używam zbyt ubogiego języka, czasem potocznego, z wieloma wstawkami z uczniowskiego slangu. Zastanawiam się wtedy nad moją rolą jako pewnego rodzaju modela, który ma pomóc uczniowi w jego rozwoju w zakresie m.in. poszerzania słownictwa, budowania wypowiedzi, kultury języka itd. Z drugiej strony mam za każdym razem doświadczenie, że taka drobna wstawka w ich języku zbliża mnie do nich.
    Poza tym ucząc polskiego nie znoszę robić tego, co powinnam robić (i dlatego robię to bardzo rzadko) – poprawiać językowo uczniów. Mam w tym (i nie tylko w tym) opór, że ten drugi człowiek (zazwyczaj w tym wieku nadwrażliwy na swoim punkcie) odbierze to jako ocenę, że to go spłoszy, wycofa z wypowiedzi czy nawet z kontaktu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nauczyciel powinien być takim "ekranem", który pokazuje uczniowi możliwości.

      Mi wydaje się, że "mowa internetu" jest dobra na początek. Przydaje się, żeby przykuć uwagę słuchacza.
      Czyli na wstęp. Jeśli mam 60 minutowe wystąpienie dla gimnazjalistów to przez pierwsze 5 minut (wstęp) pozwalam sobie na bardziej swobodny ton. Łapię ich uwagę. Potem, w trakcie wykładania moich argumentów gdy widzę że przysypiają rzucam jakimś tekstem.
      I tyle. Nie chodzi przecież o to, żeby mówić cały czas językiem amerykańskich raperów. Ale o to, żeby z języka memów zrobić wabik na uwagę młodego człowieka.

      Usuń