Lepsze niz Plej Stejszyn

Chińczyk. Ewentualnie Grzybobranie.

To dwa wyrazy, które pojawiają się w umyśle przeciętnego zjadacza chleba gdy mówisz mu o grach planszowych. Planszówki mogą kojarzyć się jeszcze z zostawaniem po lekcjach na świetlicy i latem w mieście. Wytarte kostki i plastikowe pionki-piramidki.

Wizyta u kardynała

Dobra, przyznać się kto był kiedyś w mieszkaniu jakiegoś biskupa?

Bez podtekstów pytam.

Mieszkanie jak mieszkanie, a kto był w Pałacu?

Kto nie był a jest ciekawy jak mieszkają hierarchowie polskiego Kościoła - ma okazję.

Dwa razy do roku chętni mają możliwość wejść do domu arcybiskupów warszawskich przy ul. Miodowej. To taki pałacyk niedaleko Ministerstwa Zdrowia. Chociaż budynek był zrównany z ziemią w czasie II WŚ, dzisiaj jest co oglądać.

Najbliższa okazja - środa, 24 września w godzinach 16:00 - 19:00.

Skąd taka data, w środku tygodnia? Otóż co roku w pobliżu rocznicy aresztowania kard. Stefana Wyszyńskiego Muzeum JP2 organizuje zwiedzanie tych miejsc, które w 1953 r. "nawiedzili" panowie w długich płaszczach.


Kto przyjdzie, będzie mógł z przewodnikiem (w tym ze mną, a jakże) obejrzeć m.in. gabinet prymasa, salę tronową i kaplicę Jeśli pogoda dopisze będzie można wyjść do ogrodu. W maju jest co prawda ładniej, ale i teraz jego główną atrakcją jest perełka - XVIII-wieczny pawilonik. Nietknięty żadnym niemieckich pociskiem.

A przed pałacem będzie możliwość dowiedzieć się co to za dziwny twór to Muzeum JP2.

Bierzcie rodzinę, sąsiadów i napotkanych w tramwajach kanarów.

Można dołączyć do wydarzenia na FB: https://www.facebook.com/events/1487514361534809/

Albo po prostu przyjść.

Do zobaczenia!


Starzy ludzie - prosty manual


Czy ktoś z nas nie zaklął kiedyś w duchu po sytuacji konfliktowej ze starszą osobą? Czy to w autobusie, czy w kolejce do kasy, względnie konfesjonału.

Gdzie te babcie tak się pchają, jak ona lezie etc. etc. etc.

Ostatnio jakiś dziadek wychodząc z tramwaju zdeptał moje nowiuśkie buty po czym z peronu rzucił mi triumfalne spojrzenie i pokazał zaciśniętą pięść. OK, może nie powinienem tak ostentacyjnie czytać mojego ulubionego tygodnika, ale żeby od razu po butach? I to tych nowych?

Wbrew temu co możnaby pomyśleć - nie wpadłem w gniew, nie ciskałem bluzgów i nie wysiadłem zaraz za nim, żeby staremu pierdzielowi wsadzić gazetę w... dłoń. O nie.


Znam bowiem pewną prostą zasadę, której stosowanie uspokaja mnie ilekroć wchodzę w konflikt z osobą w starszym wieku.

Starzy ludzie są jak dzieci.

Słyszałeś już pewnie tą sentencję, powtarzaną zaciśniętymi ustami przez rodziców opiekujących się dziadkami, którzy w czasie bożonarodzeniowych spotkań żalą się reszcie rodziny na uroki mieszkania z babcią/dziadkiem.
Reszta familii kiwa głowami i przechodzi nad tym stwierdzeniem wprost do sernika.

A tymczasem, przez autorów powiedzenia przemawia nie (tylko) złość czy wypite procenty, ale ludowa mądrość zakodowana w naszym DNA od czasów Matuzalema.

Mówię to jako człowiek, który primo: miał dziadka i wciąż ma babcię; secundo: pracował na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Poza tym, do niedawna z racji wykonywanego zawodu miałem sporo do czynienia z całymi grupami babć i dziadków z caluśkiej Polski.

Dlatego, wiem co mówię. To jest piszę.

Szczerze wierzę, że im bardziej człowiek posuwa się w latach, tym więcej  zyskuje cech dziecka. Im człek starszy, tym bardziej dziecinny.

Poza całą dziedziną fizjologicznych czynności typu jedzenie czy mycie, o wiele ważniejsza jest według mnie psychika. A konkretnie - wyrażanie uczuć.

Kiedy wchodzisz do domu twojej siostry/cioci/teściowej myślisz: "O, zasłonki ma nie uprane". Albo: "A ten stół przecież mogliby postawić pod tamtą ścianą!" Innym razem: "Ależ ma zarąbisty fotel, też bym taki kupił!".

Myślisz, ale nie mówisz. Powstrzymują cię przed tym jakieś wewnętrzne hamulce.

Hamulców tych nie ma dziecko. Jak się nudzi i chce wracać do domu, nie bawi się w ceregiele tylko mówi prosto z mostu: "Mamo, idziemy do domu, nudzi mi się". Jak nie smakuje mu ciasto cioci, to nie będzie przełykało małych kęsków popijając obficie herbatą, ale (w najlepszym wypadku) powie: "Mamo, niedobre, nie chcę".

I co? Rodzinka się uśmiechnie, pogłaszcze po główce niesfornego synalka, jakaś mama najwyżej lekko się zarumieni.

A kiedy takie opinie wypowiada senior? Co ten staruch gada, ciasto mu nie smakuje? Itp.
A tymczasem osoba starsza, podobnie ja dziecko, wyraża swoje uczucia bez specjalnych zahamowań. Co w sercu to na języku. Jak coś się babci nie podoba to babcia ci o tym powie. I ma gdzieś, że ten sernik robiłaś przez 3 godziny specjalnie na jej przyjazd.

Wcale nie znaczy to, że jest źle wychowana. To znaczy, że jest stara. A w byciu starym nie ma nic złego.

Przecież nie będziesz zły na dziecko, że obśliniło ci koszulę. Zjadło za dużo i trochę się ulało. Se la wi. Obcierasz mu mordkę i żyjesz z plamą. Kiedy w autobusie jakiś bobas testuje pojemność swoich płuc drąc się w niebogłosy - zachowaj spokój. Dzieci tak mają, że płaczą. Z tego się wyrasta.

Nie wymyślaj też w myślach staruszce, która wolno pakuje zakupy przy kasie albo w kolejce do okulisty opowiada ci historię swojej zaćmy. Ona nie robi tego na złość tobie. Robi to bo jest stara.

Z tego też się wyrasta.

Rukat na Bałkanach, czyli tam i z powrotem. Cz. 2.

Dziś trochę więcej.

M.in. o tym dlaczego Polacy są najlepszymi turystami, co ma wspólnego swastyka z krową, jak najszybciej wydostać się z Albanii i o Odrze Opole.


Rukat na Bałkanach, czyli tam i z powrotem. Cz. 1



Kiedy żona powiedziała mi, że w tym roku chciałaby pojechać na wakacje na Bałkany w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.


Wojna! Miny! Powodzie! I Slobodan Miloszewicz! Nie ma mowy, zabiją nas albo zamkną w jakiejś kopalni uranu. Nie lepiej uderzyć w Beskidy???


Trochę trwało zanim doczytałem, że wojna skończyła się jakiś czas temu a po ulicach można poruszać się bez kamizelki kuloodpornej i hełmu. W ramach przygotowań obejrzeliśmy Underground Emira Kosturicy (polecam!), spakowaliśmy plecaki i hajda na koń!


Zgodnie z planem mieliśmy dotrzeć do Skopje i autostopem zwiedzić Macedonię, Czarnogórę oraz Bośnię i Hercegowinę. Powrót do kraju pozostawał zagadką.


Każdy przeżywa przygody na swoją własną miarę. Pewnie dla kogoś podróż stopem po Bałkanach jest chlebem codziennym – dla mnie była niezłym wyzwaniem. Spróbuję podzielić się tym co przeżyłem przez te dwa tygodnie. Trochę uprzedzając pytania znajomych „Jak było?”, a trochę, żeby jeszcze raz przypomnieć sobie tamte chwile. Jeśli coś kogoś zainteresuje – piszcie w komentach. Służę detalami.



Szwecja


Jak wiadomo, najkrótsza droga z Polski na Bałkany wiedzie przez Szwecję. Tym, którzy praktykują latanie tanimi liniami nie muszę tłumaczyć o co chodzi.


W niedzielę rano, wyspani jako tako po weselu w Częstochowie, wsiedliśmy do samolotu na Okęciu.

Taka dygresja. Nie latam co tydzień ale kilka podróży napowietrznych już odbyłem. Zawsze frapuje mnie kolejka ludzi ustawiających się do bramki. Wiadomo, że otwierają je na ostatnią chwilę i że wszyscy i tak się zmieszczą. Zauważyłem, że nie tylko Polacy wolą stać karnie w długim ogonku przez pół godziny, niż posiedzieć czekając na wejście. Pierwszy raz myślałem, że chodzi o zdobycie miejsca przy oknie. Ale przecież osoby, które przechodzą jako ostatni przez bramkę wchodzą jako ostatni do autobusu. A jak wiadomo, ostatni będą pierwszymi – zwłaszcza przy wyjściu z busu na pokład samolotu.


Nie mam pojęcia skąd ten pęd do stania w kolejkach. Zaklepuję sobie ten temat na kolejnego posta.


Po wyjściu na płytę lotniska w Malmö okazało się, że Szwecja jest zimna, mokra i pochmurna. Na pustym terminalu spędziliśmy pół dnia. Miałem okazję zaznajomić się z miejscowymi cenami – wow, jeden z najdroższych obiadów w moim życiu.


Nasz lot był ostatnim tego dnia. Zgodnie z planem mieliśmy wyrobić się na ostatniego busa z lotniska Aleksandra Macedońskiego w Skopje.


Oczywiście, wylot opóźnił się o godzinę.


Stresik był, ale bus zaczekał. Wysiedliśmy przy dworcu autobusowym w Skopje ok. 1 w nocy i sprawnym krokiem przeszliśmy do hostelu.

A tam – sami Polacy. I łóżko.

Z Ikei.



Skopje


Pierwsze miłe zaskoczenie – temperatura pozwala na jedzenie śniadania w ogrodzie.


Posileni ruszyliśmy w miacho. Okazało się, że trafiliśmy w sam środek wojny.


Wojny o tożsamość Macedończyków. Od 2010 roku trwa akcja Skopje 2014 w ramach której w całym mieście stanęła zatrważająca liczba pomników. Poważnie - jest ich tu więcej niż u nas budek z kebabami. Władza ma bzika na punkcie polityki historycznej. Nowe budynki stawiają w stylu klasycystycznym, budują coś w stylu „ołtarza ojczyzny” i obwieszają co się da flagami. Jak dla mnie - super.


Pomniki są różne, różniste. Przedwojenne, komunistyczne, współczesne. Każdy znajdzie coś dla siebie. W samym centrum stoi gigantyczny pomnik Aleksandra Macedońskiego. Jak się później dowiedziałem, historia jest tutaj dość drażliwym tematem i lepiej nie wspominać przy tubylcu o „greckości” niektórych postaci uznawanych dziś za bohaterów narodowych.


Jednym z niekontrowersyjnych bohaterów jest Matka Teresa. Tabliczki z jej podobizną i cytatami wiszą na całym mieście.


Kiedy przysiedliśmy nad brzegiem rzeki miejscowy żul podziękował nam za przyjazd do jego kraju i wyjaśnił zależność pomiędzy zamordowaniem Lecha Kaczyńskiego, zamachem na WTC i wprowadzaniem euro. Bardzo mili ci Macedończycy.


Po drugiej stronie Wardaru rozciąga się dzielnica muzułmańska. Inny świat.

Pierwszy raz słyszałem tam śpiew muezzina, pierwszy raz wszedłem do meczetu. Kiedy przed 13:00 odpoczywaliśmy w cieniu pod największym w mieście meczetem Mustafa Paszy mieliśmy okazję obserwować tubylców zmierzających na modlitwę. Przed wejściem do świątyni - obowiązkowe obmycie. I to nie jakieś tam symboliczne, ale dokładnie, z mydłem!




Społeczność muzułmańska w Macedonii to głównie Albańczycy. Pomiędzy nimi a prawosławnymi Macedończykami dochodzi raz na jakiś czas do konfliktów. Ludzi dzieli tu jednak nie religia ale ekonomia. Pewien Macedończyk narzekał, że Albańczycy nie płacą podatków i rachunków, m.in. za prąd. Rząd nie wyrabiał się finansowo z pomocą socjalną więc sprywatyzował elektrownie. Gdy nowy właściciel z Francji odciął prąd niepłacącym obywatelom (ponoć głównie mniejszości albańskiej), ci wyszli na ulice. Z pomocą rządu sprawę załatwiono podnosząc opłaty za elektryczność. Ci co nie płacili - dalej cieszą się prądem za który płaci reszta obywateli. Mój rozmówca prorokował rychłą eskalację tego konfliktu.




Ja spotkałem samych sympatycznych Albańczyków. Takich jak ten dziadek  na fotografii, który opiekuje się jednym z meczetów (opieka polega głównie na odkurzaniu dywanów) i oprowadza turystów takich jak my.















W dzielnicy muzułmańskiej (carsiji) jest też targ.

Tam, w wąskich przejściach pomiędzy straganami, w nozdrza uderzał mnie raz o raz zapach owoców, których raczej nie próbuję na co dzień. Zaopatrzyliśmy się zatem w figi, melony, oliwki i inne łakocie na kolację. A wszystko tanie jak nasze młode ziemniaki.



Ostatnim doznaniem wartym wspomnienia jest jedzenie cevapi/cevapcici (czewapi). To taki bałkański schabowy z ziemniakami, czyli mejn disz. Na danie składają się zrolowane kawałki drobno zmielone mięsa. Czasem spożywa się je w picie, czasem z frytkami.

Zaryzykuję stwierdzenie, że lepsze niż nasz kebab :)



Na dziś tyle. Nocna podróż do Polski wypompowała mnie kompletnie więc ciąg dalszy (mam nadzieję dłuższy) wkrótce!