Męskość wg. Frikusa

Autor: Rafał Rukat 


Mnie osobiście wkurza całe to gadanie o „kryzysie męskości”. Wiadomo, że dawniej wszystko było bardziej naturalne i bardziej prawdziwe, trawa bardziej zielona, a woda bardziej mokra. To jakaś kumulacja dwóch mitów: mitu złotego wieku i mitu szlachetnego dzikiego. Nostalgia za utraconym buszem, z którego nasi przodkowie nie wiadomo po co (choć robili to bardzo po męsku) wyłazili.


Tożsamości i sposoby życia zmieniają się nie dlatego, że zapomnieliśmy jak powinno się żyć i idzie nam to coraz gorzej, tylko dlatego, że zmieniają się czasy i warunki. Wcale nie na gorsze, po prostu na inne.

Niezdecydowanie nie bierze się stąd, że jesteśmy mniej męscy niż nasi przodkowie, tylko stąd, że (jak sam zauważyłeś) mamy dużo więcej do wyboru. I ja się z tego ciesze. 500 lat temu Ty od dzieciństwa przygotowywałbyś się na dziedzica, a ja na księdza. Wiadomo, że im więcej możliwych dróg, tym bardziej się gubimy.


Problem polega na tym, że wielcy tego świata nie starają się być naszymi autorytetami i podpowiadać, które wybory są lepsze. Umieją tylko powiedzieć: „to wszystko dlatego, że nie biegacie już z dzidą po buszu!”. „Kryzys męskości” to wymówka, chochoł do bicia, na którego można zwalić odpowiedzialność za wszystkie problemy. Zamiast PO MĘSKU spojrzeć na współczesność taką jaka jest i starać się w niej odnaleźć, stworzyliśmy sobie teorię, która wszystko tłumaczy, ale nic nie daje.

Śmiem zuchwale podejrzewać, że sam nie do końca wierzysz w to, co mówisz. Naprawdę lubisz być ugłaskiwany? Mnie nic bardziej nie wkurza, niż to, gdy coś mnie gryzie, a moja dziewczyna w odpowiedzi na to próbuje mnie przytulić. Jestem zdecydowanie bardziej zadowolony, gdy pomaga mi zrozumieć istotę problemu. Z jednej strony wiem, że to pierwsze wynika z troski, ale jako MĘŻCZYZNA lubię być traktowany poważnie. I rozumiany. Wtedy czuję, że – jak to biomedycznie określiłeś – moje potrzeby są zaspokajane. Nie lubię, gdy ktoś myśli, że moje problemy mogą wynikać z niedoprzytulania i niedokarmienia, a kluczem do ich rozwiązania jest podrasowanie mojego ego pochlebstwami. Zupełnie tak nie jest. Gdyby tak było, nie czułbym się z tym szczególnie męsko.


Wielcy i święci mężczyźni nigdy nie byli „prości”. Mężczyźni przez tysiąclecia budowali naszą cywilizację, tworzyli naukę i filozofię, poezję i sztukę, kodeksy moralne i skomplikowane systemy polityczne. Zwykle robili to, bo coś im nie pasowało, bo chcieli, żeby było lepiej niż jest. To nie byli mężczyźni, których wystarczy pogłaskać i nakarmić, żeby byli zadowoleni.


Najbardziej wkurza mnie to, że najwięcej o kryzysie męskości krzyczy Kościół, który paradoksalnie bywa dziś bardzo skutecznym ośrodkiem duchowej kastracji. Najpierw każą dorastającemu chłopcu robić wszystko, co może niedawno było jeszcze fajne, ale aktualnie wydaje mu się obciachowe i dla dziewczyn (słodziutkie piosenki z pokazywaniem, klaskanie w dłonie, grzeczne powtarzanie tego samego za wszystkimi), a później krzyczą: mamy kryzys męskości! Ojej... On już dawno na ekranie komputera niszczy plugawe demony mieczem sprawiedliwości, a w kościele każą mu śpiewać o tym, jakie ma piękne i czyste serduszko. Gdy staje się dorosły wiele się nie zmienia – mało usłyszy z ambony o walce ze złem i odpowiedzialności za Kościół, więcej o „budowaniu zdrowych relacji”.


Sweet.


Jedynie ministrantura pozostaje fajnym miejscem dla chłopaka. Tu może poznać kościelny underground i poczuć się wartościowy, bo coś opanował, umie zrobić coś, bez czego nie będzie mszy i choć nikt nie zobaczy jak rozpalał trybularz, albo w ostatniej chwili znalazł welon dla księdza.


Rozpisałem się, a właściwie chciałem powiedzieć dwie rzeczy.


Po pierwsze, męskiej tożsamości nie da się oprzeć na stereotypach i na tym, że ktoś mi zrobi obiad. Powołanie do męskości jest czymś bardziej poważnym.


Po drugie, nasze czasy naprawdę są fajne:) W ogóle nie gorsze od ubiegłych. Może w dzieciństwie trochę zbyt poważnie traktujemy swoich rodziców, kiedy opowiadają nam jakie to „kieeeedyś były czasy...”.



Czego pragną mężczyźni



O tym, że przeżywamy dziś kryzys męskości nie trzeba nikogo przekonywać. Wystarczy rozejrzeć się po ulicy. Chłopaki w obcisłych spodniach noszący damskie torebki nikogo już nie dziwią. Faceci, którzy kończą 30 lat i wciąż bawią się w nastolatków. Ojcowie, którzy zostawiają rodziny, bo nudzi im się bycie odpowiedzialnym za coś więcej niż zimne piwo w lodówce.

Najbardziej denerwuje mnie jednak brak zdecydowania. Facet nie wie dziś czego chce (a przecież była to wyłączna domena kobiet!). A kiedy już coś mu się uroi - nie potrafi o to zawalczyć. Bezsilnie opuszcza ręce i z miną pobitego dziecka narzeka "Co za system! Co za kraj!". Jak baba na wsi.

Może faktycznie jest to trochę wina rodziców, którzy wychowują chłopców metodą "Nie biegaj, bo się spocisz" albo "Bądź grzeczny".

A przecież jeśli chłopiec ma kiedyś stać się mężczyzną, nie może być "grzeczny"! Musi biegać, kopać piłką po oknach i lać się z innymi chłopcami. Nie chodzi mi o chuligaństwo, ale o poluzowanie łańcucha.

Moim zdaniem przyczyną kryzysu męskości jest jeszcze jedna kwestia.

Brak zaspokojenia potrzeb.

Wydawać by się mogło, że dzisiejszy facet ma wszystko na wyciągnięcie ręki. Może przebierać w samochodach, jeździć dookoła świata i ścigać antylopy po sawannie. A i tak czuje, że czegoś mu brak.

Nie od dziś wiadomo, że mężczyzna jest maszyną do bólu prostą w obsłudze. Kobieta, która chce żeby jej facet był szczęśliwy powinna pamiętać o trzech potrzebach swojego lubego. Należy go nakarmić, pogłaskać i pochwalić.
Kiedy wydaje ci się, że twój facet cię nie słucha albo nie okazuje czułości - może po prostu jest głodny? Albo nie zwróciłaś uwagi na wysprzątany samochód?
Powinno się o tym pisać w jakichś podręcznikach szkolnych, bo mam wrażenie, że mamusie coraz rzadziej przekazują tę mądrość córeczkom.

Istnieją zatem trzy potrzeby, które mogą zostać zaspokojone przez osoby trzecie. Często sami faceci nie zdają sobie z nich sprawy albo boją się mówić na głos czego chcą. Przecież poproszenie dziewczyny o zrobienie obiadu byłoby takie... seksistowskie. 

Założę się, że są panny czekające na taki seksizm, przejawiający się w słowach: "Skarbie, bosko gotujesz, może zrobisz mi jutro twoje cannelloni?"

Jest jednak jeszcze jedna potrzeba, którą zaspokoić może jedynie sam facet.

Potrzeba sukcesu.

Facet kocha zwycięstwo. To dlatego już niedługo przed telewizorami będzie siedziało brzydsze pół populacji tej planety. Dlatego faceci od początku dziejów dźgają się dzidami i chlastają mieczami, żeby pokazać kto tu rządzi.
Sukcesem było upolowanie zwierzyny, udział w zwycięskiej bitwie czy podróż do nowego świata.
Z czasem zmieniły się wyzwania, zmieniła się też miara sukcesu. Mężczyzna nie musiał już polować na mamuta, wystarczyło kupić nowy samochód.

A dzisiaj?

Zastanów się, jakie wyzwania przed tobą stoją.
Pewnikiem większość panów odpowie: duże mieszkanie, samochód, super praca.
Kiedy natrafiamy na problem z osiągnięciem któregoś z tych celów, sytuacja się komplikuje. Są oczywiście ludzie, którzy - z wyboru albo ze strachu - stawiają sobie zupełnie inne cele (np. granie całą noc w GTA albo zebranie kolekcji kamyków ze wszystkich kontynentów).
Pozostali spotykają się z pytaniami:
Co z ciebie za facet, jeśli nie potrafisz znaleźć dobrej pracy? Nie masz mieszkania na Wilanowie i nie jeździsz BMW Z3? Co z ciebie za facet, jeśli nie odniosłeś sukcesu?

Rzeczywiście, prawdziwy facet potrafi zapewnić swojej rodzinie bezpieczeństwo (również finansowe). Zmusza nas do tego codzienność. Miarą życiowego sukcesu  jest dziś grubość portfela.

Kiedy człowiek uświadomi sobie już czego potrzebuje do szczęścia, może wybrać dwie drogi.

Można włączyć się w wyścig szczurów, rozkręcić własny biznes albo piąć się po szczeblach kariery. Jeśli chcesz osiągnąć taki sukces, przygotuj się (i żonę) na zostawanie w pracy po godzinach i początki siwizny w wieku 30 lat.

Drugim sposobem jest przedefiniowanie pojęcia "sukces". Bo przecież nie musi to być szmal. Sukcesem jest też szczęśliwe małżeństwo, rodzina. Grono przyjaciół i wspólnie spędzony czas. Sukcesem, dla niektórych, może być świętość.


A może zamiast wybierać, można obie te drogi połączyć?

5 grzechów Fejsbuka



Czy pamięta ktoś jeszcze Grono? 

Dawno, dawno temu, kiedy na pl. Zbawiciela nie było jeszcze tęczy a II linia metra wydawała się snem pijanego górnika, dziatwa szkolna hasała raźno na pierwszym polskim serwisie społecznościowym.   

Całość wyglądała jak wielki zbiór forów internetowych i służyła głównie napędzanym hormonami nastolatkom i studentom poszukującym notatek z przespanego wykładu.
Pomysłodawca portalu ulepszał go poprzez dodawanie najrozmaitszych pierdółek, co sprawnie doprowadziło do upadku samego Grona. Btw, czy nie taki sam los spotkał GG? Kiedy uruchomienie komunikatora trwało dłużej niż ukończenie questa w Baldur’s Gate, odinstalowałem dziada.
Internet nie znosi próżni. W miejsce dogorywającego Grona wlazł przy dźwiękach Yankee Doodle zagraniczny Facebook. I siedzi po dziś dzień, mimo wichur i burz przez jakie przechodził.
Od kiedy założyłem sobie konto na FB zastanawiam się kiedy kolos upadnie. Dawałem mu kilka lat, wieszczyłem zalew reklamami, śmieciowymi aplikacjami i innymi „ulepszeniami” które tak skutecznie dobiły poprzedników. Tymczasem, chociaż raz na jakiś czas okienka wyskakują w innych miejscach a portal chce wiedzieć o mnie coraz więcej – kryzysu na razie nie widać. Może to produkt -cud, a może po prostu nie ma lepszej alternatywy.

Dziś myślę, że największym zagrożeniem dla fejsbuka nie są reklamy i wyskakujące okienka, ale sami jego użytkownicy.
Każdy ma taki moment kiedy przeglądając FB ma ochotę usunąć konto i nie czytać więcej tych pierdół. Wypunktowałem kilka typów zachowań, które sprawiają że chcę usunąć konto na FB.

Dojenie krowy i stawianie klocków

Chłop ze wsi wyjdzie, a wieś z chłopa – nigdy! Tym chyba należy tłumaczyć zalew zaproszeń do gierek typu Farmville. Co chwila ktoś chwali mi się wyhodowaną marchewką albo zniesionym przez uśmiechniętą kwokę jajem. Inny znajomy nabija kolejne levele przy jakichś kolorowych kuleczkach (nie wiem - balonach, piłkach?).

Jestę filozofę

Wrzucanie obrazków z cytatem typu"Życie jest zbyt krótkie, żeby nie próbować", albo "Biednemu zawsze wiatr w oczy". Przodują w tym dziewczyny, głównie te, które nie mają co zrobić z wolnym czasem (czyt. stare panny). Życiowe mądrości rodem z Barw Szczęścia czasami sprawiają że się uśmiechnę, częściej jednak zastanawiam się co kierowało osobą która udostępnia te bzdety.

Dzieci, dzieciaczki

OK, jak zostanę ojcem też na pewno będę dumny jak cholera. Ale wrzucanie 40 fotek swojego dziecka na fejsa dziennie to moim zdaniem jakiś kompleks. Jeśli zdjęcia widzą TYLKO znajomi a masz 100% pewności, że nie ma wśród nich jakiegoś perwerta - proszę bardzo. Ale miej świadomość, że na jedno zdjęcie twojego dziecka poluje w necie kilku pedofilów. Nie, nie przesadzam. Miłego dnia.

O ja biedny

Wpisy na tablicy w stylu "dlaczego??" albo "zdołowana".
Może cię to zdziwi, ale świat ma gdzieś twój dołek. Chcesz pogadać - zadzwoń do kumpla albo do mamy. Możesz nawet napisać do gazowni, ale nie szukaj litości na fejsie. Możesz tam znaleźć coś zupełnie innego.


Kupmy Maćkowi dom

Jeśli ktoś chce zaprosić mnie na wydarzenie "100 000 lajków a Maciuś dostanie wózek inwalidzki" to niech walnie głową 3 razy w płaską ścianę. I niech nie dziwi się, kiedy po zebraniu kilku tysięcy lajków "Maciuś" zmieni się w producenta żaluzji albo pseudo-bank.


Stanisław Lem powiedział kiedyś "Dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem że na świecie jest tylu idiotów".
To smutne gdy okazuje się, że część z nich to twoi znajomi.