Śmiechu (nie) warte

Kiedy byłem dzieckiem a moi rodzice wyjeżdżali do pracy, zostawałem sam w domu. Oczywiście, była jakaś ciocia, babcia, brat. Ale tak naprawdę, zostawałem sam na sam z magicznym odtwarzaczem video i kolekcją kaset VHS z nagranymi kabaretonami.

 

 

A tam: Pietrzak, Elita, Marcin Daniec. Trafiał się kabaret OTTO, Jerzy Kryszak. I najcenniejsza z perełek – kaseta z fragmentami dialogów Laskowika i Smolenia.

 

Ci ludzie byli moimi bohaterami tak samo jak Spider Man i Batman. Nie mieli fikuśnych strojów ani worka gadżetów. Za to ich monologi znałem na pamięć. Oczywiście, części dowcipów jako 5-latek zwyczajnie nie rozumiałem, części znaczenia ledwie się domyślałem. To nie przeszkadzało mi być pod wielkim wrażeniem kabareciarzy. Imponowali mi swobodą wypowiedzi, lekkością aluzji. Wdziękiem z jakim ślizgali się pomiędzy absurdem i ironią.

 

Te godziny spędzone z kabaretami początku lat 90-tych wpłynęły na mnie niepoślednio. I każdy kto mnie zna przyzna, że to prawda.

 

Z tym większym smutkiem patrzę na to, co dzisiaj dzieje się na polskiej scenie kabaretowej. Bieda z nędzą panie i aż strach pomyśleć co przyjdzie nam oglądać za lat pięć.

Można spotkać jeszcze grupy i artystów, którzy swoimi tekstami próbują dobijać do poziomu dawnych gwiazd. Niestety, znakomita większość tzw. kabareciarzy wypłynęła już dawno na satyryczne mielizny.

 

Zdarza mi się obejrzeć czasem fragment festiwalu. Wystarczy kilka skeczy i z obrzydzeniem przełączam kanał, by nie być świadkiem durnego kolażu chamstwa i pseudo-humoru. Jak może śmieszyć powtarzanie w koło tych samych schematów. Facet przebrany za babę, chciwy i zboczony ksiądz, samotny polityk z kotem, zniewieściały gej. 

 

Dowcip. Jest. Śmieszny. Tylko. Raz.

 

Nawet posiedzenia rządu robione przez Roberta Górskiego straciły szybko świeżość.

 

Nie wierzę, że te płytkie teksty wylewające się z ekranu są odpowiedzią na zapotrzebowanie widowni. Że niby ludzi mamy coraz głupszych, to i satyra stępiała. Nie da się zaprzeczyć – większości aluzji przeciętny licealista czy student dziś nie załapie. Tylko czy to pozwala satyrykom i kabareciarzom równać poziom w dół? Czy na tym polega „sztuka”?

 

Wiem, że robić sobie jaja z polityków jest coraz trudniej. Absurd polityczny osiągnął poziom Monthy Pythona, przekręt goni przekręt a mięso którym przerzucają się panowie posłowie nie szokuje już nawet uczniów zerówek. 

 

Żarty z facetów w sukienkach przestały być śmieszne, kiedy jeden z nich trafił do sejmu. Śmianie się ze starego kawalera i jego sekty jest płytkie, żarty z lewicy po tym co robił Paligłup są blade a satyra opozycyjna (z niewielkimi wyjątkami) ogranicza się do żartów ze słońca Peru i szoruje kilem po intelektualnym dnie.

 

Wiem, że wszyscy dziś z lubością załamują ręce nad minionych dni chwałą. Kiedyś to były piosenki! Ech, ci starzy aktorzy! A takiej kaszanki jak babcia Władzia to już nikt dziś nie robi!

 

Tak, satyra to jedyne za co cenię PRL. 

 

Wtedy było strasznie, ale bywało śmiesznie.

Dziś jest śmiesznie, że aż straszno...

I smutno.

 

P.S.: Jeśli znasz skecz, który oglądałeś z bananem na twarzy - podziel się linkiem w komentarzu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz