Czas świętych i zdrajców


Na dźwięk słów "rozbicie dzielnicowe" usta nastolatków same otwierają się w przeciągły zieeeew a gdy przychodzi do klasówki trwoży się niejedno gimnazjalne serce.

Rzeczywiście, XII i XIII wiek obfituje w bohaterów i zdrajców, pogańskie najazdy i wojny domowe. Pojawiają się wtedy postacie święte i przewrotne, heroiczni obrońcy cywilizacji i tchórze uciekający z pola walki. Ogrom dat, bitew, postaci - i historyczka zmuszająca do wykucia materiału na blachę.

A pies jej mordę lizał!

Bez kozery powiem, że to mój ulubiony okres w historii Polski. Może właśnie dlatego, że nikt nie kazał mi się uczyć nazwisk wszystkich wojewodów krakowskich i podsędków sieradzkich.

Ale zacznijmy od początku...

Zaczęło się, jak to zwykle bywa, od kobiety.

Na mocy testamentu Krzywoustego, księciem Krakowa (i Śląska) był jego najstarszy syn, Władysław. Reszta braci rządziła spokojnie w swoich księstwach i wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie Agnieszka, żona Władka. Nie dość, że Niemka, to chciwa. Wyśmiewała męża, nazywając go "półmężem" i narzekała, że inne księżne taplają się w Bałtyku albo hasają po mazowieckich lasach. A ona tylko Kraków i Kraków.

I tak zaczęła się wojna pomiędzy braćmi.

Władysława wygnano razem z żoną i synami. Ci ostatni wrócili po jakimś czasie na Śląsk, który należał im się po ojcu jak psu kość.

Zwykle okres rozbicia ogląda się przez pryzmat Krakowa i po kolei omawia kolejnych książąt, którzy posadzili tyłek na wawelskim tronie. Ma to jakiś sens. Ja pozwolę sobie olać władców i skreślić dwa zdania o tym co ciekawego działo się przez te 200 lat.

Rozbicie dzielnicowe miało kilka dobrych stron. Poszczególni książęta, w zależności od swoich ambicji i możliwości, starali się umocnić własne księstwo, upiększyć swoje siedziby i pozostawić świadectwo mądrego panowania. Dzięki temu rozbudowywały się miasta takie jak Płock, Wrocław czy Poznań. Dwór każdego księcia był ośrodkiem kultury. Przybywali nań rycerze z Rzeszy i Francji, wędrowni bardowie opiewali czyny króla Artura i roznosili po całym księstwie opowieści o walkach krzyżowców w Ziemi Świętej.

Władcy fundowali klasztory, które stawały się centrami kulturalno-oświatowymi. Dzięki kolonizacji zasiedlano niewykorzystane dotąd tereny. Osadnicy z zachodu przynosili ze sobą nowe narzędzia i techniki uprawy. Upowszechnienie trójpolówki pozwoliło osiągnąć nadwyżki żywnościowe, które przyspieszyły rozwój miast.

Książęta nadawali też ziemię rycerstwu, które zakładało własne wsie. W XIII w. utrwaliła się hierarchia społeczna złożona z rycerstwa, duchowieństwa, mieszczan i chłopów. Dwa pierwsze stany – dzięki nadaniom czynionym przez książąt – zyskiwały coraz większy wpływ na sytuację polityczną w ich dzielnicach. Nad Wisłą zaczynały kiełkować pierwsze ziarenka „społeczeństwa obywatelskiego”.

Ale nie było wcale tak różowo. Książęta dzielili swoje ziemie pomiędzy synów, którzy dzielili je pomiędzy swoich synów itd. itd. itd. Taki Władysław Łokietek na początku swojego panowania władał terenem o powierzchni 3 tys km2. To mniej więcej tyle co dziś powiat białostocki. 

Małe księstwa nie były w stanie stawić czoła najazdom Prusów, Litwinów i Mongołów. Nie było ziemi, która nie zostałaby spustoszona przez barbarzyńców. Wyprawy odwetowe organizowane przez Piastów upływały na bezowocnych naradach, a wydarte poganom tereny wracały w ich ręce jeszcze zanim trawa zdeptana kopytami rycerzy podniosła się ku słońcu. Brakowało zgody między książętami, którzy w czasie wypraw częściej wyciągali dawne urazy niż miecze z pochew. Henryk Brodaty (Śląsk) wpadł na pomysł sprowadzenia ochroniarzy, podszepnął ten pomysł Konradowi Mazowieckiemu a w kilka lat później nad Wisłę przybyli Krzyżacy.




Małe piastowskie księstwa nie odgrywały pierwszych ról w polityce europejskiej. Czasy, w których Bolesław Chrobry zajmował Kijów i Pragę odeszły w zapomnienie. Pierwszoplanową rolę w Europie Środkowej zajęły teraz Czechy i Węgry. Piastowie zawierali sojusze z jedną bądź drugą stroną. Nierzadko na polu bitwy walczyli w różnych obozach przeciwko sobie nawzajem.


Jak widać, działo się. I nie tylko u nas, bo podobne rozbicia były w całej Europie. Mógłbym rozpisywać się o ciekawostkach, o porwaniach braci, skrytobójstwach i listach do papieża, w których książę tłumaczy niemożność udania się na krucjatę, bo w Ziemi Świętej nie ma piwa. A bez tego - jak wiadomo - żyć nie sposób!

I może kiedyś to zrobię.



Ale póki co, polecam lekturę na koniec wakacji. Książkę, przy której Gra o tron jest jak Ania z Zielonego Wzgórza. Powieść czerpiącą pełnymi garściami z naszej, piastowskiej historii.

Jestem w połowie drugiego tomu i daję słowo - to jedna z najlepszych książek jakie miałem w dłoniach. A miałem ich trochę. 

Przyjemnej lektury!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz