Referendum a kwestia warszawskości

Wreszcie, chwila wolnego.


Co prawda zlecenie jeszcze wisi nade mną, ale tyle jest tematów, że nie sposób usiedzieć.


Wielkimi krokami zbliża się referendum. To już 13 października! Nie daruję sobie jak czegoś o tym nie napiszę.


Z internetowego gara przelewają się już artykuły na temat tego czy warto było referendum robić, czy będzie frekwencja, czy warto brać udział, czy odwołają i jaką sukienkę założy Bufetowa w tę ostatnią niedzielę.

Więc szkoda czasu o tym pisać. Jeśli ktoś nie chce wziąć udziału, to i tak go nie przekonam. Jego sprawa.

Jednak przy okazji całego tego ambarasu zacząłem się zastanawiać nad tym kto będzie mógł głosować i czemu.


Otóż, do głosowania są uprawnieni:

1. Zameldowani w Warszawie na pobyt stały

2. Niezameldowani mieszkańcy Warszawy

3. Zameldowani  w Warszawie na pobyt czasowy


Osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy.

I chociaż w Warszawie się urodziłem, to prawie całe życie wychowywałem się poza nią, a w stolicy mieszkam od studiów, tj. od.... 2006? Jakoś tak.

Tutaj pracuję, tu płacę podatki i korzystam z komunikacji miejskiej, a i veturillo się czasem przejadę.

A teraz mogę nawet oddać głos w referendum nad odwołaniem prezydenta! No miodzio.


Szczerze mówiąc, warszawiakiem czuję się od dawna - nie wstydzę się tego skąd pochodzę, ale tu najzwyczajniej w świecie czuję się u siebie. Ale teraz, kiedy mam realny wpływ na zmianę władz tego miasta - poczułem się niejako urzędowo włączony w poczet mieszkańców.


Jeśli ktoś jest w podobnej sytuacji jak ja - oto instrukcja udziału w referendum:


  • Pobierz wniosek o wpisanie do rejestru wyborców i deklarację stąd.

  • Wypełnij i zanieś do urzędu dzielnicy w której mieszkasz.

  • Przydadzą Ci się

          - xero dowodu

          - umowa najmu mieszkania (na wszelki wypadek)

  • Rusz tyłek 13 października i znajdź swój lokal wyborczy. 


Nie takie trudne.


Oczywiście, w sieci od razu pojawiły się osoby, które prawo głosu oddałyby wyłącznie zameldowanym na pobyt stały. I to najlepiej warszawiakom od co najmniej 3 pokoleń.


Czytając te wszystkie komentarze, zacząłem się zastanawiać, kto może o sobie powiedzieć - Jestem warszawiakiem.


Czy tylko zameldowani?

A może najemcy też?

A co z ludźmi np. z Piastowa, którzy pracują w Warszawie i tu spędzają 10 godzin dziennie?

A Chinka, która z mojego przystanku jeździ codziennie na Marywilską?



Będę jeszcze drążył temat, ale póki co wydaje mi się, że warszawiakiem jest ten, kto się do tego miasta poczuwa. Komu nie jest obojętne, co się w nim dzieje, jak naprawia się drogi, remontuje kamienice, nie buduje metra i czy sprząta chodniki.


Bo jeśli tak, to chyba każdy sam musi odpowiedzieć sobie sam na pytanie - Czy jestem warszawiakiem?


A zameldowanie nie będzie z tym miało nic wspólnego.

Krótko i straszno

 

Żeby nie było, że blog umarł - szybki post.


Coraz więcej moich znajomych staje się matkami, a coraz więcej tych matek wrzuca fotki swoich dzieci na facebooka.


Hej, też będę się pewnie cieszył gdy zostanę ojcem, ale wrzucanie zdjeć własnego dziecka do netu wydaje mi się niepotrzebnym i groźnym ekshibicjonizmem.


Kiedy rozkminiałem dlaczego ludzie to robią i jakie mogą być tego konsekwencje, natrafiłem na ciekawy artykuł na blogu znajomego (swoją drogą - polecam: http://www.lipinski-kamil.pl/)

Znalazłem tam link do fejsbukowej aplikacji, która jest czymś w rodzaju interaktywnego filmu.

Zachęcam do jej obejrzenia! (trzeba zalogować się na FB i wyrazić zgodę na przetwarzanie danych - ale bez obaw, aplikacja nie udostępnia tych danych na zewnątrz i usuwa jej ze swojej pamięci po użyciu).


Koniecznie włączcie głośniki!

Kliknij tutaj --> Take this lillpop

http://www.takethislollipop.com#sthash.70C9QFzj.dpuf

http://www.takethislollipop.com#sthash.70C9QFzj.dpuf

http://www.takethislollipop.com#sthash.70C9QFzj.dpuf


Trochę to stare, bo z 2011 roku, ale muszę przyznać, że wbiło mnie w fotel. BTW, 13 mln like'ów na FB!


Straszne?




Nad pocztówką rozkminy

Wróciłem dziś z krainy tysiąca jezior. Krótki, ale sympatyczny wypad.

Po trzech godzinach podskakiwania w busie z Mikołajek przez Mrągowo do Warszawy, dotarłem do domu a tam w skrytce na listy miła niespodzianka!

Dotarła kartka od przyjaciela, który smaży się teraz w słonecznej Italii (ten sam od pralki).

Mała rzecz, a cieszy.

Człowiek siada w fotelu, ogląda zdjęcie na okładce, czyta krótkie pozdrowienia (co przy charakterze pisma niektórych może zająć chwilę lub dwie...) i może na chwilę przenieść się w zupełnie inne miejsce.

I to nie dzięki technice 3D, google mapsowi czy innym bajerom, ale dzięki temu, że ktoś włożył wysiłek w wybór kartki, potem siedząc gdzieś w cieniu naskrobał kilka słów i wreszcie wrzucił pocztówkę do skrzynki. 

A ta, przewędrowawszy setki kilometrów, przywiozła mi ze sobą część tamtego spalonego przez słońce włoskiego miasta. Kolor dachówek, kształt chmur, smak gelati i potęgę XIII-wiecznej katedry. Wszystko na kawałku papieru.

Poza tym, miło jest wiedzieć, że ktoś pozdrawia cię i myśli o tobie, samemu będąc oderwanym od świata.

Równie sympatyczny wydaje mi się zwyczaj wysyłania kartek na święta. Nawet jeśli życzenia są produkowane hurtowo dla wszystkich a kartki wysyła ta sama osoba co roku podpisując się za całą rodzinę. To i tak miły gest, a dla niektórych może nawet jedyna okazja do przypomnienia sobie o ciotce czy babci, do której nie odzywało się przez cały rok. A już na pewno lepsze to niż idiotyczne sms-owe wierszyki. 

Całe szczęście, że w świecie zdominowanym przez wiadomości złożone z zer i jedynek, pozostają jeszcze papierowe pocztówki.

Nie zastąpi ich żaden sms czy e-mail. I mam nadzieję, że tak zostanie.

P.S. Ten teledysk wymiata, a wszystkie gwiazdki zatrudniające gołe baby kręcące tyłkami na ich klipach mogłyby Skaldom buty wiązać.

Tanie bilety ZTM dla miłośników piwa!

Nad tym postem pracowałem już od jakiegoś czasu. Całe noce spędzałem nad opracowaniem metody badawczej, samym procesem badań i analizą wniosków.

Wreszcie - tuż przed długim weekendem, postanowiłem opublikować wyniki mojej pracy. Rzucam zatem w kąt obowiązki, piętrzącym się zadaniom mówię stanowcze nie...!

OK, będę szczery - na nic innego nie mam siły po dzisiejszym dniu...

Otóż, na warsztat wziąłem ceny biletów komunikacji miejskiej w Warszawie. Sprawdziłem, czy rzeczywiście są takie drogie w porównaniu do biletów komunikacji innych państw.

Wyniki są zaskakujące.

Zanim jednak je przedstawię, kilka ważnych prostych spraw:

  1. Wszyscy uważający, że przy porównywaniu cen powinno się brać pod uwagę zarobki, bezrobocie, długość życia, stan uzębienia i Bóg wie co jeszcze - mogą śmiało przekierować się teraz na stronę GUSu.

  1. Metoda badawcza, którą przyjąłem jest w 100% subiektywna i nie obchodzi mnie co kto o niej myśli (chyba, że myśli dobrze:).

  1. Kiedy wyniki moich badań trafią do mediów - proszę pamiętać, kto był pionierem tej metody!

  1. Cały ten post jest w 100% apolityczny i nie ma na celu lizania czegokolwiek komukolwiek.

  1. Jeśli ktoś po przeczytaniu uzna moje badania za bezsensowne - proszę zamieścić link do tego posta na FB z ostrzeżeniem by znajomi nie wchodzili na tego bloga (najlepiej z wykrzyknikami na końcu).

 Po tych wyjaśnieniach, można przystąpić do dzieła.

[werble]

Wybrałem sobie 7 całkowicie nieprzypadkowych stolic: Paryż, Kijów, Berlin, Londyn, Pragę, Madryt i Warszawę. Czemu właśnie te?

A bo tak.

Następnie, sprawdziłem na stronach komunikacji miejskiej poszczególnych miast ceny biletów jednorazowych normalnych.

Żeby porównać te ceny, potrzebowałem jakiegoś współczynnika....

Szukałem czegoś na wzór wskaźnika Big Macka odnośnie siły nabywczej waluty.

Przedmiot, który wybrałem musiał być towarem pierwszej potrzeby.

A zatem - bez wahania - piwo.

Na stronie http://www.moneyinfographics.com/beer-cost-in-europe/ znalazłem średnie ceny browarów (0,5 litra) w Europie. Warto zaznaczyć, że są to ceny barowe (i to raczej średnie z całego kraju). Ale ich niepodważalnym plusem jest to, że są. I to w internecie, czyli pod ręką.

Dzieląc cenę biletu przez cenę kufla piwa otrzymałem w ten sposób współczynnik bileto-browaru Rukata! Pozwala on sprawdzić ile browaru można nabyć za cenę jednego biletu (tak, jestem humanistą a Twoje argumenty, posiadaczu ścisłego umysłu - są błędne!).

Wyniki obliczeń poniżej:



Miasto Cena biletu Cena Piwa Współczynnik
bileto-browaru 
Paryż 1,7 4,95 0,34
Kijów 0,19 0,5 0,38
Londyn 2,46 2,9 0,85
Warszawa 1,05 1,21 0,87
Madryt 1,5 1,69 0,89
Berlin 2,4 2,12 1,13
Praga 1,24 0,71 1,75

(wszystkie ceny są podane w euro)

Z powyższych wyników można wysnuć nast. wnioski:

  1. Według współczynnika bileto-browaru Rukata najdroższą komunikacją miejską piwosze przejadą się w stolicy Francji. Za jeden bilet nabędą tam najwyżej małe piwo (przy czym wynik ten jest wyraźnie spowodowany zawyżoną ceną piwa).

  1. Najtaniej miłośnicy złotego trunku pojeżdżą po Pradze (na wynik ma również wpływ tanie jak barszcz, warto dodać - wyśmienite - piwsko praskie).

  1. Warszawa znajduje się w samiuśkim środku zestawienia - bilet jest wprawdzie droższy od browaru, ale już za dobowy można by się zabawić.

  1. Autor bloga nie ogarnia tworzenia tabelek we własnych postach.

Oczywiście, metoda badawcza ma pewne braki, ale szczerze mówiąc - średnio mnie to obchodzi. Jej tworzenie oraz samo przeglądanie cen piwa i biletów dało mi sporo frajdy.

Myślę też, że inne, tworzone przez naukowców zestawienia i badania mają mniej więcej tyle samo sensu co moje.

Gdyby ktoś miał jakieś ciekawe spostrzeżenia odnośnie cen biletów, browarów i w/w współczynnika - zapraszam do komentowania.

A ja zabieram się do pakowania toreb, życząc wszystkim piwoszom (i nie tylko) dobrego długiego weekendu.

P.S.: Ktoś może powie: Chyba nie masz co robić! 

Otóż, jakbym nie miał co robić, to bym nic nie robił, a że mam - to robię.

Ot co.


 

O wyższości pralki nad telewizorem

Od kiedy wyprowadziłem się z rodzinnego domu nie mam telewizora.


Gadające pudło spotykam okazyjnie. Zwykle w czasie wizyt u rodziców tudzież znajomych.

Mam czasem wrażenie, że w trakcie niektórych spotkań telewizor jest jednym z uczestników rozmowy.

Ba! Bywa, że prowadzi monolog.


Co jednak zrobić kiedy zabraknie tego nieodłącznego towarzysza niedzielnych obiadów?


Pamiętam jak jakieś 2 lata temu mieszkałem razem ze współlokatorem w kawalerce wyposażonej m.in. w pralkę.

W dniu prania, siadaliśmy z kumplem za małym stoliczkiem i wpatrzeni w bęben oczekiwaliśmy w napięciu na reakcję piekielnej machiny rodem z Italii. Żaden z nas nie władał (wówczas) niestety językiem Dantego, a właśnie w nim złośliwi Włosi napisali instrukcję...


Z radością obserwowaliśmy strumień wody lejący się do środka, metafizyczny ruch obrotowy w jedną i drugą stronę, wreszcie energiczne wirowanie z prędkością 1000 obrotów na minutę. Emocje porównywalne do Kryminalnych, W11 czy rozmów Moniki Olejnik.


Z czasem stwierdziłem, że pralka jest o niebo lepsza od szklanego pudełka. Oto:

1. Piorąc - sam wybieram zawartość programu.

2. Zgodnie z potrzebami ustalam temperaturę (debaty).

3. Podobnie z pianą - mniej lub więcej zależnie od potrzeb. A niech ktoś spróbuje uspokoić rozwrzeszczanego polityka! W pralce wystarczy miarka proszku mniej - i już!







Reszta jest w zasadzie podobna. Wartkość akcji przypomina tę w serialach, zawartość programu powtarza się regularnie a wynik jest z góry znany. Rzucę śmiałą tezę, że wpatrywanie się w jedno i drugie urządzenie przynosi podobne, smutne, efekty.


Minus pralki polega na obowiązku opłaty rachunku za wodę i prąd, podczas gdy abonament telewizyjny jest dobrowolną ofiarą.

Skoro jednak i tak muszę płacić, zostanę chyba przy białej skrzynce z okrągłym szkiełkiem.


Besides, it's better to wash your clothes up than to wash yorself out.




 P.S.: Kolejnym plusem podziwiania pralki (a konkretnie tej mojej) może być fakt, że kolega nauczył się włoskiego i spędza tegoroczne wakacje w Genui! Swoją drogą, wciąż czekam na kartkę...

Drapacze

Jeszcze coś w temacie wieżowców.


Odwoziłem dziś żonę do pracy i przejeżdżałem obok budowy cudeńka, które ma nazywać się Warsaw Spire. Termin ukończenia olbrzyma to 2014 rok, na razie wygląda mniej więcej tak:



Ale zapowiada się tak:






Miodzio. Nie mogę się doczekać końca budowy i mam nadzieję, że tym razem wizualizacja nie jest zrobiona na wyrost a inwestorowi starczy forsy na szkło. Hm, ciekawe czy zdążą przed otwarciem II nitki metra...


Przy okazji spytałem o warszawskie drapacze ciocię wiki. Mile zaskoczony - znalazłem cały artykuł a w nim m.in. taką wizualizację:



Trochę to nieaktualne, nie ma np. Złotej 44. Ale szacun dla wikipedystów za sam artykuł.

Ciekawe też, że jest tam wieża na Filtrach a nie ma chociażby Prudentialu. No cóż.




Oprócz tego znalazłem też całkiem ciekawą stronę poświęconą warszawskim wieżowcom (www.wiezowce.waw.pl) a na niej wizki kilku budynków, które mają powstać w stolicy. Niektóre wymiatają, chociażby Lilium Tower.


Zaprojektowana przez irańską projektantkę szklana kolba kukurydzy ma mieć 257 metrów! Mariott przy niej wygląda jak PKiN przy Empire State Building :)











A po lewej wieżowiec Golub GetHouse (wcześniej działka należała do IGD). Ma stanąć przy Grzybowskiej, pomiędzy Towarową a Wronią. Jak dla mnie wygląda niczym skandynawskie więzienie. Albo gigantyczna serwerownia.

Ale może ja się nie znam, może to sztuka jest a ja prosty chłop i nie rozumiem. 

Co nie zmienia faktu, że mi się nie podoba.








Tak czy inaczej, planów jest mnóstwo. Serce rośnie kiedy człowiek przegląda te wszystkie wizualizacje, wyobraża sobie jaka to nasza Warszawa będzie piękna, nowoczesna i  w ogóle. Jak będziemy śmigać z Białołęki na Okęcie metrem, latać tanimi liniami z Modlina i opalać się na luksusowej plaży nad Wisłą. 


Ktoś powie, że to wszystko marzenia ściętych głów, mrzonki i propaganda, która ma odwrócić moją uwagę od korków, drogich biletów ZTM i zamkniętego metra...


Może tak, może i prawda - ale dobrze jest od czasu do czasu zrobić sobie przerwę w marudzeniu i obejrzeć  piękną wizualizację - nawet jeśli budynek powstanie za 30 lat - a potem uśmiechnąć się do siebie w duchu, wracając nieklimatyzowanym busem z pracy. 


Jest po prostu lżej.









Żyleta na Złotej

Z przystanku autobusowego pod Mariottem z którego przez ponad rok jeździłem do pracy miałem wspaniały widok na budowę wieżowca przy ul.Złotej 44.

Strasznie się nim jarałem. Jak się nie jarać takim cudeńkiem w centrum Warszawy ?!

 

 

A w środku, jak głosi ciocia wiki, do dyspozycji mieszkańców będzie basen, sauna, fitness klub z salą do yogi (wtf??) i (werble....).... odźwierny! Brzmi kusząco, isn't it?

W dodatku wizualizacje były świetnie, oczami wyobraźni widziałem już tą świecącą kupę szkła górującą nad tarasami i centralnym. Spójrz, drogi turysto - oto na co nas stać! I nie jest to nasze ostanie słowo! No serce rośnie.

Miesiące mijały, szkielet był już gotowy. Swoją drogą, gościu, który siedział w dźwigu stojącym przy tym wieżowcu miał niezły widok. Co tu dużo mówić, przywiązałem się do tego kolosa a kiedy na szczycie stanęła wiecha (która oczywiście wyglądała dla mnie jak choinka - był grudzień) cieszyłem się jak dziecko z ipoda.

Ten sen trwałby tak pewnie bez końca gdyby nie... elewacja. Im więcej szkła było na Kolosie, tym mniej przypominał on budynek z wizualizacji.Po kilku miesiącach przecierałem oczy ze zdumienia - to ma być budynek zainspirowany historią Warszawy i światłem, potencjałem jaki miasto ma w sobie ???

OK, na wizualizacji niebo ma ładniejszy kolor, słoneczko świeci i nie ma drzew (a ciekawe właściwie czemu?). Ale to nie zmienia faktu, że to co stanęło przy Złotej wygląda raczej jakby ktoś posmarował gigantyczne pudełko zapałek kropelką i wysypał na nie paczkę żyletek! Miało być strzeliste, jest przysadziste; miało być pełne światła i szkła a wygląda jak hmm... jak komputer ze Star Treka. Brakuje tylko mrugających światełek!

192 metry żyletek. Może wybrzydzam i marudzę, ale po tym co widziałem na wizualizacjach, czuję się jakby ktoś mi powiedział, że Święty Mikołaj nie istnieje.

Cóż, może jak po zmroku zapalą w środku światła efekt będzie lepszy.

Póki co - Daniel Liebeskind ma u mnie przerąbane.

Angielska herbatka

Jest za gorąco żeby myśleć konstruktywnie.

W takie dni z rozczuleniem wspominam pracę w drukarni, na kasie czy na kuchni, gdzie nikt ode mnie nie wymagał używania mózgu... Wystarczało przez 8 godzin kroić cebulę i fajrant!

Kiedy temperatura przekracza 35 stopni a w biurze nie ma klimy, mózg się po prostu wyłącza. I choćbyś nie wiem jak się starał - nie wymyślisz nic. Siedzisz ,wpatrujesz się w ekran, otwierasz nowe karty i guzik panie, null, zero.

Pamiętam, że podobna pogoda była gdy pojechałem szukać szczęścia do Anglii. Miałem 17 lat, miasto nazywało się Bristol a ja byłem pracownikiem marzeń. Młody, pracowity i naiwny.

Niby nie jechałem w ciemno, ale pracy nie było. Chodziłem, szukałem, pytałem - nic.

Nie miałem roweru więc wszędzie chodziłem pieszo a Bristol, cóż, jest ciut większy niż Pułtusk.

Po tygodniu spania na twardym jak deska łóżko, chodzenia po całym mieście i słuchania "No, no job here" czułem się jak bezdomne psisko.

Pewnego dnia zapuściłem się naprawdę daleko. Dzielnica wyglądała mało sympatycznie, zaczynało się ściemniać a do domu był kawałek drogi. Kiedy już straciłem nadzieję wstąpiłem do jakiejś małej knajpki. Za ladą stała kobieta w średnim wieku i wycierała ścierką szklanki. Na moje pytanie pokręciła głową. Być może wyglądałem wtedy jakby mój dom spłonął, moi rodzice zginęli w katastrofie lotniczej a akcyza na browar wzrosła trzykrotnie. Czyli żałośnie. Dość, że powiedziała żebym usiadł po czym przyniosła mi herbatę. Zapierałem się, że nie mam kasy - bezskutecznie. Po chwili doniosła mi jeszcze tosta z jajkiem.

Kiedy wychodziłem powiedziała coś w stylu "Głowa do góry!".

Pamiętam, że poczułem się wtedy jakbym na chwilę wrócił do domu. Poczęstowany herbatą przez zimnych, powściągliwych i niegościnnych Anglików. 

Co prawda, fortuny nie zarobiłem ale wróciłem do kraju z myślą, że nawet bardzo daleko od domu można poczuć się jak u siebie.

Liczę, że będę się mógł kiedyś odwdzięczyć.

Tylko skąd do cholery wytrzasnę Anglika szukającego pracy w Warszawie?

Statut

Tak - założę bloga.

Jakieś dwa miesiące i zostanę gwiazdą internetu. Sława, pieniądze i spotkania z tzw. celebrytami.

Zarobię na nowe mieszkanie (a może - czemu by nie - domek pod miastem!), kupię rodzicom (teściom też, niech mają!) - nowy samochód a sam zabiorę żonę na wycieczkę dookoła świata.  A przynajmniej do Wrocławia.

Tylko o czym tu pisać?

O książkach? Jakoś nie bardzo. Kogo obchodzi co przeczytałem?

O filmach? eee no nie będę drugim Dougiem Walkerem.

Nie podróżuję co drugi dzień do Ameryki Południowej, nie mam dzieciaka i nie bardzo potrafię piec ciasta czy muffinki. Guzik wiem o kosmetykach i tym co warto kupić w jakim sklepie i jak to będzie pasować do sukienki czy breloczka. Praca raczej ciekawa - ale bez przesady.

Ale właściwie czemu nie mógłbym pisać o tym na co akurat mam ochotę?

Ha! I tak właśnie zrobię!

A na sławę i pieniądze (to pierwsze zresztą interesuje mnie dużo mniej niż to drugie) przyjdzie czas.