Marsz przed Marszem

W tym roku na marsz nie idę.

Czemu?

Byłem rok temu i nie podobało mi się.

Za mało patriotycznie, za bardzo politycznie.


Żeby była jasność - wykrzykiwane wówczas hasła nie są mi wstrętne (poza tymi wulgarnymi).

Ale to nie ten moment!


Ja chcę świętować! Nie biadolić!

Na manifestacje jest czas, na rozliczenie polityków też.


Więc niech 11 listopada będzie czasem na radość, na dumę z własnego narodu i państwa.

Przecież naród i państwo to nie (tylko) politycy, dziennikarze i celebryci. Pod tą brudną pianą jest masa spraw dobrych i godnych świętowania i uczczenia. 


Tyle marudzenia.


Dziś w południe zrobiłem sobie spacerek alejami.

Oglądałem przygotowania.



Policji mało. Na centralnym naliczyłem z 20 funkcjonariuszy.

Przechadzali się galeriami.


Gdy pojawiał się pociąg, ustawiali się w kordonik na peronie.


Roboty chyba za wiele nie mieli.


Pod dworcem od południa zbierały się ekipy z flagami.

Co ciekawe - przekrój wiekowy od przedszkolaka do emeryta.

Ale najwięcej młodzieży - mam na myśli młodzież studiującą, nie tę w stylu Wojewódzkiego.


W tych ludziach siedzi olbrzymi potencjał, chęć działania.

Świński ryj i plastikowy penis ich nie pociągają, dlatego przyjechali do Stolicy.

To cieszy.


Ale czego tu szukają?


Kamil i Beata przyjechali z Gliwic. Kawał drogi.

Spotykam ich pod Mariottem i pomagam dostać się do kościoła św. Barbary.

Czujemy, że to jest coś ważnego - mówi chłopak w dresie - moi rodzice też przyjeżdżali do Warszawy na protesty.

Czyli chodzi o jakiś manifest polityczny?

Nie tylko - przeczy blondynka z biało-czerwoną flagą - Mogłam wywiesić ją za oknem, ale chciałam ten dzień spędzić wyjątkowo. Z innymi ludźmi.






Na Placu Defilad przyglądam się rozstawiającej się scenie, na którą za jakieś 3 godziny będzie wychodzić śmietanka Ruchu Narodowego. Obok góry powiązanych w paczki gazet Polska Niepodległa zbierają się ludzie z flagami.

Zagaduję do grupki młodych chłopaków siedzących na murku.


Jak to po co? -
pyta barczysty 17-latek - żeby iść w Marszu!


Jego kolega zgniatając puszkę pepsi patrzy na mnie i dziwnie zachrypłym głosem mówi:

Jak my nie przyjdziemy, to k..... kto? Trzeba pokazać, że młodym nie podoba się to całe gówno!




Wracając przez Centralny spotykam kolegę ze studiów. Idzie pierwszy raz.

Mam nadzieję, że kiedy będzie nas coraz więcej z każdym rokiem, to nie będzie tyle polityki - mówi ściskając flagę - Przecież nie o to chodzi, ale o to, żeby świętować.


Szkoda, że nie wszystkim.


Może za rok... ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz