Zbrodnia mojego sąsiada

Szanuję moich sąsiadów. Ba, nawet ich lubię.

Mąż, żona, mały synek. Typowa polska rodzinka.


Co najmniej kilka razy w tygodniu mijam się z sąsiadem na schodach. Zawsze muszę wtedy uciekać gdzieś w korytarz i stać nieruchomo, bez oddechu.


Kulka nie lubi, gdy ktoś wchodzi mu w drogę.

A ja nie chcę skończyć w gilotynowej paszczy owczarka niemieckiego o gabarytach małego fiata.


Bo Kulka to pies. Psisko, raczej. Olbrzymie bydle.

Ten potwór spędza jakieś 23 godziny na dobę w mieszkaniu.

Nie jestem jakimś obłąkanym obrońcą praw zwierząt, ale moim zdaniem trzymanie zwierzęcia w zamknięciu, w czterech ścianach, bez świeżego powietrza - to zbrodnia.


Według pań z ratusza w Warszawie jest ok. 60 tysięcy oczipowanych psów. Wszystkich czworonogów jest pewnie jakieś 200 tysięcy (plus-minus).


Czy te zwierzęta, które siedzą w mieszkaniach są naprawdę szczęśliwe?

Szczerze - guzik mnie to obchodzi (przypuszczam, że nie).


Pewny za to jestem, że nie są szczęśliwi ich sąsiedzi.

Kiedy ktoś budzi cię szczekaniem o 6 rano, załatwia się pod twoim oknem i wyje bo pan zapomniał nasypać mu pedigree - zieleń każdego aktywisty blaknie.


Masz domek gdzieś na Białołęce - super. Kup sobie psa i niech dzieciaki ganiają z nim po podwórku.

Zwierzak uczy empatii, a dziecko, które się nim opiekuje jest pewnie bardziej obowiązkowe. Same plusy.


Ale jeśli mieszkasz w bloku (a zwłaszcza w tym co ja) - pomyśl o swoich sąsiadach!


I kup chomika.



 


2 komentarze: