Apel bajaderkożercy


Generalnie, nie mam nałogów.

Nie palę, nie ćpam, nie gram na wyścigach. Piję w prawdzie, ale zakąszam.

Jest jednak jedna rzecz, która dyskwalifikuje mnie jako przykładnego męża, sumiennego pracownika i uczciwego obywatela.


Bajaderki.


Nie ma co zaklinać rzeczywistości – jestem od nich uzależniony jak bum cyk, cyk.

Ten koszmar zaczął się jeszcze w liceum i (z przerwami) trwa do dziś.

Czasami wytrzymywałem już nawet kilka tygodni, ale zawsze przychodził moment załamania.


Pół biedy, kiedy nogi prowadzą mnie do cukierni serwującej bajaderki z wyższej półki. Chociażby tej na metrze politechnika albo peronie dworca śródmieście.


Najtrudniej jest mi jednak przejść obojętnie przed małą dziuplą, stojącą na początku galerii zachodniej dworca centralnego. Trochę obleśny, nieogolony facet na mój widok już sięga po małą foliówkę i po odebraniu 2,30 PLN wręcza mi bajaderkę idealnych rozmiarów. Gruba polewa czekoladowa, masa nie jest za sucha a spód zbyt kruchy. We wnętrzu znaleźć można wszystko to, czym wzgardzili poprzedniego dnia Warszawiacy – od rodzynek z keksów po kawałki sera. Miodzio.

 

Ze wzruszeniem wspominam bajaderkę kupioną w cukierni Dzioba, którą niedawno otworzyli w pobliżu mojej kamienicy. Niestety, szybko zrezygnowali z tego rarytasu, zastępując go wiedeńskimi pączkami i tartą z Bóg-wie-czym.


W rzuceniu nałogu pomagają mi dwa lokale, w których bajaderka już tylko z nazwy przypomina swoje szlachetne siostry z moich ulubionych cukierni.


Pierwszy to Apetit – nie życzę i nie radzę nikomu. I mnie kiedyś zwiodła zatrważająco niska cena. Szkoda pisać, niedobre i już.


Drugie miejsce to cukiernia, którą można znaleźć m.in. w północnej galerii centralnego i na peronie WKD. Bajaderki mają tam gigantyczne a cenę śmiesznie niską, ale w efekcie można odnaleźć w ustach kawałek skórki od chleba czy ogonek od jabłka. 


Najlepsze jest to, że czasami bajaderki w takich małych dziuplach u starszych pań w przedkapitalistycznych fartuchach są znacznie lepsze niż te w eleganckich cukierniach, gdzie młoda ekspedientka podaje mi miniaturowe ciastko na dwa razy większym kartoniku i pakuje jakbym miał je wieźć za Ural.



Alkoholicy mają swoje spotkania AA, narkomanom Kotański zakładał jakieś ośrodki - a nałogowi bajderkożercy są pozostawieni samym sobie. 

Dlatego apeluję o pomoc.


Jeśli ktoś z czytających te słowa zna lokale, gdzie serwują bajaderki tak pyszne, że nie da się obok nich przejść obojętnie - niech da znać. 


Oznaczę je na mojej mapie, jako miejsca od których muszę trzymać się z daleka.

Serio.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz